Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 września 2017

Five o'clock w podróży- Welcome to Florida



8 Września 2016 o godzinie 21:00 nasz samolot wylądował w Orlando na Florydzie. Po uśmiechu celnika, rutynowym "Welcome to United States" i pieczątce wiedzieliśmy, że jesteśmy w tej grze :)
Wyszliśmy z hali przylotów i udaliśmy się po samochód, który czekał już na nas w wypożyczalni. Od razu zwróciłam uwagę na bujną roślinność i parne, rozgrzane powietrze.
Zapakowaliśmy się w naszego vana z liczbie sztuk 12 i ruszyliśmy do Fort Lauderdale. Nie była to łatwa podróż, wszyscy byliśmy zmęczeni długim lotem, a do tego byliśmy ściśnięci jak śledzie w beczce bo podróżowaliśmy z naszymi bagażami. No ale czego się nie robi dla przeżycia przygody...
Trzy godziny później dotarliśmy na miejsce. Nie obyło się jednak bez przygód, bo nasza nawigacja nijak nie chciała nas doprowadzić do celu. Kluczyliśmy ulicami ,zawracaliśmy ale nijak nie mogliśmy trafić na 2325 Mariner Drive. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej aby zapytać o wskazówki i tu otrzymaliśmy pomoc. Bardzo sympatyczny police officer zaofiarował się, że nas podwiezie na miejsce, bo to całkiem blisko i żaden kłopot. Wsiedliśmy więc i za rozświetlonym kogutami radiowozem dojechaliśmy pod nasz domek. Tam czekali już na nas znajomi z NY bądź co bądź lekko zaskoczeni policyjną eskortą ;)


(nasza miejscówka 2325 Mariner Drive )


I tu właśnie zaczyna się nasza amerykańska przygoda. Domek marzenie, z basenem, klimatyzacją (wiadome) stołem bilardowym idealny na weekendowy wypoczynek. Powitalne party nieco się przedłużyło do wczesnych godzin porannych, a dla niektórych trwało w zasadzie nieprzerwanie 3 dni :)
Już pierwszego wieczoru dowiedziałam się co to jest "ucho" , zobaczyłam cyrkowe wyczyny nad basenem, a także wschód słońca przy szumie palm. 
Po skandalicznie krótkim śnie przyszedł czas na rekonesans, oczywiście dla chętnych. Zrobiliśmy mały shopping,bo w planach był bbq, zajrzeliśmy do Chipotle na burrito i pokręciliśmy się trochę po dzielni. Co wytrwalsi zaliczyli bladym świtem wizytę na plaży, mnie niestety nie udało się dobudzić ;)
Fort Lauderdale nazywany jest Wenecją Ameryki i nie bez kozery, bo miasto jest poprzecinane kanałami o łącznej długości ponad 300 mil. Miasto pełne jest portów, marin oraz wodnych taksówek. W piątkowe popołudnie udaliśmy się na jedną z takich wycieczek. Water taxi zabrało nas na wycieczkę po New River. Z naszej łódki mogliśmy podziwiać wspaniałe rezydencje ciągnące się po obu brzegach rzeki i wierzcie mi było na co popatrzeć. Piękne domy, bujne palmy, prywatne przystanie dla jachtów , ciężko było oderwać oczy od tych widoków. Mieliśmy możliwość wysłuchania różnych historii związanych związanych z miastem, wodnymi taksówkami oraz milionerami zamieszkującymi Fort Lauderdale, którymi raczył nas jeden ze sterników.
Po powrocie z water taxi czekały nas steki i ciąg dalszy Floryda party.


(Water taxi)


W sobotę we wczesnych godzinach przedpołudniowych wyruszyliśmy do Miami. Zaopatrzyliśmy się w ręczniki, krem z filtrem oraz napoje chłodzące na drogę ;)
Miami powitało nas słońcem i skwarem. Nie czyniliśmy mocnych planów na zwiedzanie. Pierwszy weekend w Stanach postanowiliśmy przeznaczyć na relaks. Nasze kroki skierowaliśmy na Lincoln Road, która doprowadziła nas na Miami South Beach. Ocean, plaża, mewy, budki ratowników to wszystko sprawiło, że zaparło mi dech w piersiach. Tu było po prostu pięknie, wymarzone miejsce na plażing. Pomimo, że to był Wrzesień upał nie pozwalał za długo leżeć na ręczniku. Postanowiłam, że schłodzę się w oceanie. Jakie było moje zdziwienie gdy woda okazała się być ciepła jak w kąpieli i tak przeraźliwie słona, że od razu poczułam wszystkie otarcia na stopie, których nabawiłam się przez chropowate dno basenu. Pomimo temperatury i zasolenia z przyjemnością oddałam się kąpieli. Fale kołysały cudnie, nad moją głową unosiły się albatrosy, nieco dalej słychać było krzyki mew. To było cudowne popołudnie. Miami South Beach jest idealnie przygotowane na turystów, plażowe bary serwują cudnie chłodzące drinki, można skorzystać z darmowych pryszniców i spłukać z siebie oceaniczną sól, można wylegiwać się w hamakach w cieniu palm lub rozsiąść się po wiatrakami, które rozpylają chłodzącą wodną mgiełkę.
Po intensywnym plażingu udaliśmy się na spacer wzdłuż plaży i skierowaliśmy się na tętniącą życiem Ocean's Drive. Ocean's Drive to jedna z najpopularniejszych ulic Miami. Pełna jest świetnych restauracji i knajpek, sklepów z pamiątkami i przede wszystkim pełna ludzi. Zobaczycie tu Miami Style, Latynoski o bujnych kształtach ubrane kuse spodenki z barwnymi tipsami i sztucznymi rzęsami. Zobaczycie tu Czarnoskórych chłopców obwieszonych złotymi łańcuchami, wożących się odjechanymi furami oraz ich towarzyszki skąpo odziane i również obwieszone biżuterią. Tu zobaczycie złote Chevrolety, czerwone Porsche, Mustangi cabrio. Na Ocean's drive spróbujecie owoców morza, wypijcie drinka w rozmiarze XXL. Tu króluje przepych i bogactwo, ulica tętni życiem od świtu do zmierzchu.
Tu zatrzymaliśmy się w knajpce serwującej pyszne makarony i każdy mógł poznać przysmaki miejscowej kuchni.
Na koniec wizyty w Miami czekała mnie niespodzianka, w drogę powrotną pojechałam jako pasażerka Mustanga Cabrio i po drodze miałam szansę poznać wszystkie aspekty podróżowania kabrioletem, od rozwianych włosów po ulewę, która pojawiła się znikąd i zdążyła nas porządnie zmoczyć zanim dach naszego rumaka się złożył :D :D :D Oczywiście przeżycie zaliczam do bardzo udanych.


(Miami South Beach)







(Ocean's Drive)


W sobotni wieczór zwolniliśmy nieco tempo, no może nie wszyscy z nas, ja uskuteczniłam zimne drinki pod palmą nad basenem i chillout.
W niedzielę wybraliśmy się na lokalną plażę, dużo cichszą niż gwarna South Beach. Rozłożyliśmy się w cieniu palmy, ja od razu dałam nura do oceanu. Tu ocean nie był tak nagrzany jak w Miami ale woda wciąż była ciepła. Spędziliśmy tu cudne przedpołudnie,a po powrocie czekało nas pakowanie.
Po uściskach i pożegnaniach z nowojorskimi przyjaciółmi ruszyliśmy w trasę na spotkanie z Ameryką :).
Floryda oczarowała mnie swoim klimatem. Palmy, piaszczyste plaże, ciepły ocean, tętniące życiem ulice, zrelaksowani ludzie. To miejsce, które odwiedziłabym bez zastanowienia kolejny raz.




czwartek, 27 kwietnia 2017

Majówkowe inspiracje- Rabarbarowy cobbler





Choć pogoda zwodniczo mogłaby wskazywać na porę roku oscylującą wokół październikowych deszczowych dni, wielkimi krokami zbliża się majówka. Długi majowy weekend inauguruje sezon bbq, a dla mnie również sezon na rabarbar. Na jedno i drugie czekam z niecierpliwością. 
Kwaśne, różowe łodygi uwielbiam od zawsze. Zarówno serwowane saute, maczane w cukrze, jak i w babcinym kompocie oraz wszelkie desery i ciasta na ciepło. 
Rabarbar rósł w babcinym ogródku, nieco zapomniany, tuż za krzaczkiem agrestu. Babcia nigdy nie przykładała się do jego podlewania, a on jakby na przekór rósł bujny i okazały. Był towarzyszem naszych dziecięcych zabaw służąc jako parasol. Chodziliśmy trzymając w dłoniach wściekle różowe łodygi a nad naszymi głowami rozkładał się zielony baldachim. Po zakończonej zabawie zanosiliśmy łodygi do babci, a ona gotowała z nich dla nas kompot. 
Dziś już nie ma babcinego ogródka, ani tamtego rabarbaru, został mi osiedlowy zieleniak. Co roku na przełomie kwietnia i maja pojawiają się w nim moje ukochane łodygi. Gdy tylko moje oko złowi je wśród gąszczu nowalijek znoszę je do domu w ilościach hurtowych. 
Tegoroczny sezon rabarbarowy rozpoczynam przepisem na cobbler. Cobbler to deser popularny w Ameryce Północnej, to ciepły rozgrzewający deser, nieco różniący się od znanego crumble.
Jak dla mnie zarówno wersja na ciepło jak i na zimno jest warta uwagi. 
Do ciasta oprócz masła dodaje się smalec, dzięki temu ciasto na zewnątrz jest chrupkie, a w środku pozostaje mięciutkie. Uwierzcie mi, poezja. Na samą myśl o tym moje ślinianki zaczynają nadprodukcję. Jeśli nie macie jeszcze planów na majówkowe słodkie co nieco polecam Wam ten deser. 



wtorek, 14 lutego 2017

Five o'clock w podróży- See ya later aligator, Bagna Lafitte Louisiana




Bagna Lafitte nie znalazły się na trasie naszej wycieczki, na broszurę Airboat Adventures natrafiliśmy w Nowym Orleanie, w jednym z Visitor Centres. Nie zastanawialiśmy się długo i za jedyne 20$ nabyliśmy bilety na wycieczkę wodolotem wśród aligatorów. Wczesny rankiem następnego dnia zapakowaliśmy nasze wycieczkowozy i ruszyliśmy na spotkanie przygodzie. Airboat Adventures jest położone jakieś 30 minut od Nowego Orleanu na Fleming Park Road. 
Po szybkim check in w biurze obsługi czekaliśmy grzecznie na naszego przewodnika. Podróżowaliśmy grupą dwunastoosobową, dzięki temu mieliśmy łódź praktycznie dla siebie, nie licząc dwójki turystów spod Chicago. Punkt 10:00 przyszedł nasz przewodnik i po krótki instruktażu zasad bezpieczeństwa zapakował nas do łodzi. Uprzedził lojalnie,że wodolot nie należy do najcichszych środków lokomocji, więc każdy z nas sięgnął bo słuchawki, które tłumiły nieco hałas. 
Ruszyliśmy ku spotkaniu z fauną i florą Luizjany. Usłyszeliśmy mnóstwo ciekawych informacji o roślinności porastającej te bagna, o zwierzętach, które ją zamieszkują, o starym indiańskim cmentarzu, który na nich się znajduje ale słowa były całkowicie zbędne. Bagna okazały nam swoje piękne oblicze, wręcz nierealnie soczystą zieleń, bujne wąsy mchu hiszpańskiego, które opanowały niemal większość drzew, cudnie rozrośnięte cyprysy. Każdy z zakątków,które tam widzieliśmy nadawał się na widokówkę. Przy każdym przystanku nasz przewodnik opowiadał ciekawe historie, wyczerpująca odpowiadał na wszystkie zapytania. choć luizjański akcent nie należy do najłatwiejszych do zrozumienia.
Mieliśmy kilka dłuższych przystanków, które umożliwiły nam zrobienie zdjęć oraz obserwację aligatorów.
Z naszych obserwacji oraz opowieści dowiedzieliśmy się,że aligatory można spotkać na całych mokradłach, jednakże najczęściej można je zobaczyć w miejscach żeru. Laicy, czyli my, nie znamy różnic między krokodylami a aligatorami. Gdy zobaczyłam pierwsze okazy nie spodziewałam się,że są takie małe, w porównaniu z krokodylami to kruszynki. Aligatory są zwinne i szybkie,a zęby mają równie ostre co ich więksi bracia. Dowiedzieliśmy się,że jeśli nie zakłóca im się spokoju, raczej nie są zainteresowane atakowaniem ludzi. Człowiek jest dla nich zbyt dużym przeciwnikiem ale oczywiście w obliczu zagrożenia nie wahają się przed atakiem. Aby zachęcić je do podpłynięcia do łodzi nasz przewodnik wabił je piankami. Na moje pytanie czemu akurat pianki, usłyszałam,że są lekkie i nie toną ale oczywiście nie jest to jakiś przysmak dla aligatora. Aligatory zjadają pianki nie czując ich smaku, ich kubki smakowe są w stanie odróżnić tylko smak krwi. Nasz przewodnik pokazał nam jak się obchodzi z jednym z aligatorów, przywabił go,a następnie pogłaskał po łbie i dał buziaka. Dla ludzi, którzy wychowali się wśród mokradeł Luizjany to nic nadzwyczajnego, my wydaliśmy z siebie "wow", bo nie był to codzienny widok. Odwiedziliśmy dwa miejsca żerów, w jednym z nich mogliśmy zobaczyć największy okaz z mokradeł, piękną samicę.
Mieliśmy również okazję dotknąć żywego aligatora, nasz przewodnik przemycił go na pokład w lodówce turystycznej. Poznaliśmy historię "maleństwa",został uratowany przez naszego przewodnika i "oswojony". Dowiedzieliśmy się,że w domu ma więcej takich pupilków. Pokazał jak należy się z nim obchodzić, jak trzymać aby nie zwiał,a następnie mogliśmy zrobić sobie z tym słodziakiem zdjęcie. Dotykanie jakichkolwiek gadów, czy płazów zawsze wzbudzało we mnie obrzydzenie, natomiast aligator w dotyku był aksamitny i delikatny.
Oprócz oglądania aligatorów mieliśmy przystanek w zatoce cisów, gdzie można było się poczuć jak w bajce, drzewa uformowane w fantastyczne kształty z bujnymi, soczyście zielonymi czapami wydawały się wręcz  nierealne. Jest to jeden z zakątków na mokradłach najchętniej fotografowany przez turystów.
Mogliśmy również dotknąć mchu hiszpańskiego,a także dowiedzieliśmy jak wiele ma on zastosowań jako surowiec, a także że jest pod ścisłą ochroną :) więc zabranie skrawka na pamiątkę nie wchodziło w grę.
Odwiedzenie bagna Lafitte było naszym pierwszym spotkaniem z amerykańską naturą. Bagna pokazały swoje piękne oblicze i rozkochały mnie w sobie. To jedno z miejsc,które zapamiętam jako jedno z najpiękniejszych, które widziałam w Ameryce. Podróż wodolotem, delikatna bryza która chłodziła nas w Luizjańskim, dusznym klimacie, piękno i bogactwo natury dostarczyło nam niezapomnianych wrażeń.














wtorek, 17 stycznia 2017

Five o'clock w podróży, Upper Antelope Canyon


Gdy dotarliśmy do Page w Arizonie, popołudniowy skwar osiągnął zenit. Zdążyłam się już przyzwyczaić do nagrzanego, suchego powietrza w Arizonie choć w dalszym ciągu wyjście z dobrze klimatyzowanego samochodu i zetknięcie z żarem Arizony wywoływało lekki szok temperaturowy. Ten dzień był dla nas męczący. Ranek i wczesne godziny popołudniowe poświęciliśmy na odwiedzenie Grand Canyon i Horseshoe Bend ---> klik a już o 17 mieliśmy stawić się w Page aby stamtąd wyruszyć do Kanionu Antylopy. Rezerwacji dokonaliśmy miesiąc wcześniej i na dzień,w którym chcieliśmy zobaczyć kanion miejsca rozeszły się bardzo szybko. Przed wyjazdem do kanionu udało się nam zakupić pamiątkowe magnesy i nieco odświeżyć po intensywnym dniu. Punkt 17 sympatyczny przedstawiciel plemienia Navajo przywołał nas i zapakował na swojego pikapa. Ruszyliśmy z naszym przewodnikiem, kołysząc się na pace naszego pojazdu,a gorący wiatr rozwiewał mi włosy i wzbijał raz po raz tumany piachu i kurzu. 
Kanion Antylopy jest położony w pd-zach części stanu Arizona i dzieli się na dwie części: górną i dolną. Ze względu na napięty grafik zwiedzania udało nam się podziwiać uroki tylko górnej części kanionu. Kanion Antylopy powstawał przez miliony lat na skutek wymywania piaskowca przez powodzie błyskawiczne. Wygładzoną powierzchnię skał kanion zawdzięcza okresowemu zalewaniu wodą opadową tworzącą silny potok płynący ku rzece Kolorado. Kanion można odwiedzić tylko z przewodnikiem. W ostatnich latach odnotowano kilka wypadków śmiertelnych, stąd ze względów bezpieczeństwa zabroniono samotnych wypraw do kanionu. A dlaczego kanion jest niebezpieczny??? Kanion położony jest na pustyni i podczas ulewnych deszczy poziom wody podnosi się w nim bardzo szybko nawet do kilku metrów i tym samym powoduje zagrożenie dla osób znajdujących się w nim.
Nie zmienia to jednak faktu, że jest to jedno z najchętniej odwiedzanych i fotografowanych miejsc w Arizonie, a także jedno z najbardziej urokliwych miejsc. Woda wyżłobiła w skałach fantastyczne kształty i wzory, do tego ściany kanionu mienią się różnymi barwami.
Gdy dotarliśmy na miejsce nasz przewodnik przybliżył nam nieco genezę powstania kanionu i zademonstrował jak woda w kontakcie z piaskiem zmienia go w twardą bryłę. Po teorii przyszedł czas na praktykę. Gdy weszliśmy w szczelinę w ścianie kanionu naszym oczom ukazały się fantastycznie wyżłobione ściany kanionu. Nie widziałam drugiego tak urokliwego miejsca podczas naszej podróży. Przewodnik pokazał nam jak za pomocą ustawień w aparatach i telefonach wydobyć ładne kolory. ISO oraz balans bieli powodują, że ściany kanionu stają się soczyście pomarańczowe, choć w rzeczywistości te kolory bardziej zbliżają się do ciemno ceglastego. Prowadząc nas wgłąb kanionu przewodnik pokazał nam ciekawe miejsca gdzie można zrobić efektowną fotkę, a także korzystając z własnego telefonu pokazał zdjęcia kilku sław, które odwiedził kanion. Po drodze mijaliśmy inne grupy odwiedzających, na szczęście nie były to duże grupy i każdy miał szansę pstryknąć sobie fotkę bez niechcianego tła. Oświetlenie w kanionie zmienia w trakcie wchodzenia w jego głąb, w zależności od układu skał znajdziecie w nim miejsca mocno i słabo oświetlone. Każde z nich ukazuje jego naturalne piękno. Ja także miałam szansę popisać się swoimi dwiema lewymi nogami i chcąc sobie skrócić drogę dałam nura pod załomem nie zauważając że zaraz zanim jest kolejny, niższy. Wynikiem tego był efektowny orzeł, którego wywinęłam, obdzierając sobie przy tym do krwi łydkę oraz dłoń. Blizna do dziś "zdobi" moją nogę. M.  skwitował to krótko, że można się było tego po mnie spodziewać, a także wyraził swoja aprobatę z tego, że nie wybiłam sobie zębów ;).
Po przejściu całej długości kanionu mieliśmy chwilkę na zrobienie fotek z drugiej strony szczeliny i zaraz później znów zagłębiliśmy się w czeluści kanionu aby wrócić do Page.
Muszę wyznać,że w pierwszym odruchu czułam niejakie rozczarowanie. Nigdy nie wgłębiałam się w informacje o kanionie i znałam go tylko z pięknych zdjęć z internetu, do których wzdychałam. Wyobraźcie sobie moją minę gdy soczysty pomarańcz zobaczyłam dopiero przy użyciu aparatu. Natomiast pomijając ten drobiazg Kanion Antylopy to miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia. Jego różnorodność, piękne formacje skalne, a także możliwość przejścia pomiędzy jego ścianami funduje niezapomniane wrażenia. 
Nieco zmęczeni ale z głowami pełnymi wrażeń zapakowaliśmy się do naszego pikapa i wróciliśmy do Page, gdzie trafiliśmy do knajpki serwującej jedzenie nie z tej ziemi, czyli do Big John's ---> klik

 
( King Kong)

(Eagle)















niedziela, 8 stycznia 2017

Five o'clock w podróży, Wielki Kanion Kolorado, Północna krawędź





Bladym świtem, dziesiątego dnia naszego tripu po Stanach Zjednoczonych, spakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy w kierunku Wielkiego Kanionu Kolorado. Po kilku dniach podróżowania po Arizonie i Utah przyzwyczaiłam się do dużej różnicy temperatury w ciągu dnia. Ranki witały nas rześkie, żeby nie powiedzieć zimne, bo termometr wskazywał zaledwie +8 stopni Celsjusza, natomiast w ciągu dnia temperatura rosła do przynajmniej +30 stopni. Droga do kanionu wiodła przez bezkresne połacie czerwieni i wściekłego pomarańczu, fantazyjnych formacji geologicznych, urwisk i skał. Po kilku dniach podróży przez równiny Teksasu to była prawdziwa uczta dla naszych oczu. Wjazd na teren parku narodowego Grand Canyon nie był dla mnie łatwy. Droga często wiodła wzdłuż urwisk, wiła się pomiędzy wzniesieniami, a jedyną barierą pomiędzy naszym autem a urwiskiem były bandy, które niestety nie wzbudzały mojego zaufania. Na szczęście część podróży udało mi się przespać,a przez resztę trasy moje oczy celowo omijały strome pobocza.
Chwilę przed południem dotarliśmy nad północną krawędź kanionu. Ta część Kanionu Kolorado jest mniej komercyjna od południowej, nie spotkacie tu dzikich tłumów, za to gwarantuję Wam, że widoki z tutejszych punktów widokowych zapierają dech w piersiach. 
Wielki Kanion Kolorado ma 446 km długości i w najgłębszym miejscu tj. w Wąwozie Granitowym osiąga głębokość 1600 m. Wielki Kanion Kolorado jest wpisany na listę dziedzictwa UNESCO i jest największym przełomem rzeki na świecie.
Wielki Kanion oferuje turystom nie tylko nieziemskie widoki, możecie uprawiać tu sporty ekstremalne, od obozów przetrwania po spływy pontonami na rzece Kolorado. Jeśli nie macie ochoty przemierzać tras pieszo, organizowane są też wycieczki na mułach.
Na miejscu, w Visitor Centre można zakupić pamiątki, napić się kawy i coś przekąsić lub jeśli zechcecie odpocząć na tarasie czekać na was będą leżaki, na których można oddać się relaksowi. Na terenie parku znajdują się pola namiotowe, domki, a także strefy piknikowe. 
Zobaczenie Wielkiego Kanionu Kolorado było na mojej liście od bardzo dawna i wierzcie mi, nie spodziewałam się, że kiedykolwiek będę mogła odhaczyć ten punkt. Gdy dotarliśmy do pierwszego punktu widokowego, a moim oczom ukazał się Grand Canyon poczułam, jak mały jest człowiek w obliczu natury. Pomimo słabej przejrzystości powietrza widziałam jak daleko sięgają krawędzie kanionu i jest to widok, który na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Mogłam stać i obserwować jego wielkość, dzikość i piękno, chłonąc szum wiatru, omiatającego zbocza kanionu.
W dole widzieliśmy zakole rzeki Kolorado, która z naszego punktu widzenia zdawała się być cieniutką nitką. W drodze na punkt widokowy Angel's window zatrzymaliśmy się na późne śniadanie. Zajęliśmy ławeczki, z których mogliśmy w trakcie posiłku podziwiać piękne widoki na kanion. Choć nasze śniadanie składało się tylko z kanapek, to w tych warunkach smakowało nam najlepiej na świecie. Droga do Angel's window była jeszcze bardziej kręta i pięła się pod górę, na szczęście wiodła przez las, dzięki temu mój lęk wysokości trzymany był w ryzach. Tu widoki były najpiękniejsze i najbardziej rozległe i tu spędziliśmy najwięcej czasu.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Page aby zobaczyć słynne zakole rzeki Kolorado, Horseshoe Bend. W porównaniu z Kanionem to spotkaliśmy tłumy turystów, którzy przemierzali trasę aby zrobić sobie selfie na krawędzi urwiska. Po 10 minutach i my dotarliśmy nad rzeczoną krawędź aby na własne oczy podziwiać słynną podkowę. Wysokość była tak duża, że nie miałam odwagi stanąć na brzegu urwiska ale zerknęłam w dół i pstryknęłam szybkie pamiątkowe zdjęcie :).
Stamtąd ruszyliśmy dalej, w kierunku Kanionu Antylopy ale o tym już w następnym poście.






środa, 30 listopada 2016

Klasyczne Chocolate Chip Cookies




Wiecie co najbardziej lubię w remontach??? Ich koniec. Po trzech tygodniach totalnego chaosu i rewolucji moje mieszkanie odsłoniło nieco odświeżone oblicze. Co nas to kosztowało czasu i energii lepiej przemilczę ale za to teraz jest pięknie. Dziś, po kilku dniach od generalnego sprzątania powoli zaczynam odczuwać przyjemność z domowego otoczenia. Za to w trakcie remontu przeżyłam chyba wszystkie z możliwych rodzajów irytacji. Nauczyłam się władać wałkiem, szpachlować, odświeżać wygląd mebli. Check, oto moja nowa umiejętność, do mistrza na pewno sporo mi jeszcze brakuje ale zdolność malarska została przeze mnie opanowana. Właściwie wszystkie aspekty teoretyczne remontu należą do przyjemnych, za to w praktyce zaczynają się schody, szczególnie gdy malowanie odbywa się w chwilach wolnych od pracy, a po drodze spotykają nas różne niezaplanowane niespodzianki. Jeżeli chodzi o niespodzianki, to nasze ściany dwoiły się i troiły żeby nam zapewnić rozrywkę. A to guz, a to odpadł kawał ściany, a to znów wiertło nie mogło poradzić sobie z wydrążeniem otworu pod kołek. Niestety głową muru nie przebijesz, staraliśmy się jak mogliśmy załagodzić ścienne wybryki i sprawić żeby wyglądały jak najlepiej. Kuchnia też odegrała swoją rolę, zostawiliśmy ją na koniec co było błędem strategicznym. W porywach entuzjazmu uznaliśmy,że to takie małe pomieszczenie,że raz dwa się z nim uporamy. Nic bardziej mylnego. Okazało się,że to "małe" pomieszczenie skutecznie zagraciło nam salon tym samym rujnując moje zabiegi dotyczące sprzątania. Na szczęście zagryzłam zęby na tyle mocno, że udało mi się przetrwać akcję 'kuchnia' i w końcu zabrać się za generalne porządki. Dzięki nim wyzbyłam się ze swojego królestwa wszystkich niepotrzebnych czarup. Nie uwierzycie!!! Okazało się,że moich szafkach zrobiło się na tyle miejsca,że moja skromna kuchenka porzuciła nazwę graciarni,baa przez to całe sprzątanie moje uczucia do niej wzrosły. Zostało nam jeszcze kilka poprawek ale wypisaliśmy sobie krótki urlop od remontu aby zebrać nieco siły na ostateczne starcie :)
Dziś przejrzałam zdjęcia i złapałam się za głowę, gdy zobaczyłam ile przepisów czeka w kolejce na publikację. Na pierwszy rzut wybrałam ciasteczka, idealne do chrupania przy kawie czy herbacie. Pora jakby idealna na picie ich w dużych ilościach. Ciastko więc jest jak najbardziej wskazane, do herbaty, do kawy, do szkoły lub pracy na drugie śniadanie. To moje pierwsze ciasteczka chocolate chip i zaręczam wam,że nie ostatnie. Moje dzieci straciły dla nich głowę, przyznam że i mnie bardzo posmakowały. Zapraszam po przepis