Jest ciemny listopadowy poranek,jeden z kolejnych w tym tygodniu.Drzewa uginają się pod ciężarem mokrych gałęzi, powietrze przesycone jest wilgocią i zapachem mokrych liści.Snuję się leniwie po kuchni, nie czuję się dobrze. Lituję się nad sobą, bo trzeci dzień walczę z wirusem, którym poczęstowała mnie moja H. Po zaspach zużytych chusteczek , hektolitrach herbaty z miodem i sokiem malinowym a także niezliczonej ilości kanapek z czosnkiem odczuwam minimalną poprawę samopoczucia. Dziś na śniadanie zjemy drożdżówki i to jakie!!! Zrobiłam je wczoraj, a właściwie zrobiły się same. Jak zawsze użyłam wypiekacza do chleba, który zrobił za mnie ciasto. Ja właściwie tylko niedbale odrywałam kawałki ciasta formując w bułeczki i nadziałam je domowym budyniem, na zrobienie którego poświęciłam maksymalnie 10 minut. W przerwie pomiędzy kolejnymi herbatami polukrowałam je i oto są. W kuchni przyjemnie bulgocze woda w czajniku, syczy spieniarka do mleka,Stefan ociera się o moje nogi,dziś nigdzie się nie spieszę. Usiądziemy z H. z kubkiem mleka i kawy, weźmiemy sobie po drożdżówce i powędrujemy do Doliny muminków,w której aktualnie też listopad.
Przepis pochodzi z tej strony i dołączam go do akcji Kuchnia skandynawska.