wtorek, 11 kwietnia 2017

Mazurek w sułtańskim stylu z daktylami i kremem sezamowym





Angel, zwana też w domu pachruściem, Rudziszonkiem (chociaż z rudym ma niewiele wspólnego) i Angeliną jest z nami 4 miesiące i nie przesadzę ani trochę gdy napiszę,że przewróciła nasze życie do góry nogami. Po Rudziszonku miało już nie być więcej hasiorków ani innych czworonogów w naszym domu, Stefek w zupełności miał nam wystarczyć jako pupil. Ah, ta słaba silna wola... Oczywiście upłynęło trochę czasu zanim zaczęłam poważnie brać pod uwagę wzięcie kolejnego hasiorka...a ściślej biorąc 3 miesiące. Stwierdziłam,że jestem już zaprawiona w bojach, bo wychowałam naszego poprzedniego rudzielca. O naiwności... już pierwsza noc z naszym małym pachruściem dała mi znak, że zdecydowanie zapomniałam jak to jest mieć szczeniaka.
Bardzo szybko przeszłam ponowny kurs oswajania szczenięcia z nowym domem, bardzo szybko pojęłam,że nauka czystości w środku grudnia nie pójdzie mi tak gładko jak myślałam. Nocne pobudki o 2 czy o 3, a także 4 w nocy, narzucanie na siebie kurtki, czapki i szalika spowodowało, że jeszcze szybciej zakupiłam maty higieniczne. Okazało się, że ten mały bąbel bardzo szybko pojął do czego one służą i dzięki temu mogłam przespać w nocy nieco więcej niż 3 godziny pod rząd.
Angel dostarcza nam wciąż nowych atrakcji. Na początku było to notoryczne zjadanie skarpetek, porywanie gazet, wciąganie na spacerze wszystkiego co odróżniało się od podłoża. Mieszkanie zostało gruntowanie opróżnione z rzeczy, które mogłyby się nadawać do zjedzenia ale ten mały skubaniec potrafił dorwać kolejną parę rękawiczek H., pozbawić palców moje nowiutkie, skórzane rękawiczki jeździeckie, czy pogryźć sznurówki w pozostawionych przez jakiegoś zapominalskiego butach. Jak już opanowaliśmy w miarę sprawy gryzienia dostarczając co rusz nowe gryzaki zaczęło się dawanie drapaka, więc zaczęliśmy spacery na smyczy. Nic to, nasz pachruść ma fantazję i zaczęła dawać drapaka gdy po zaparkowaniu auta pod blokiem zdążyłam ledwo co uchylić klapę bagażnika. Ile razy mało nie dostałam zawału widząc jak Angel beztrosko kręci kółka po parkingu a z zakrętu wyjeżdża auto, a mój pies nawet nie śni o tym,żeby do mnie przyjść. Okazało się, że w stadninie również wykazuje się ułańską fantazją i nic nie robi sobie z gabarytów koni obskakując im tylne kończyny, czy z jeszcze większa fantazją wpada z impetem na padok aby potem w jeszcze dzikszym pędzie uciekać przed Akbarem, który za psami nie przepada...
Mój pies stał się też moim osobistym budzikiem i codziennie punkt 6 stawiał sobie za punkt honoru obudzenie mnie, liżąc z zapamiętaniem moje wystające spod kołdry stopy.
Ah tak... jeszcze kot. Stefek nawet nie starał się ukryć niezadowolenia związanego z pojawieniem się nowego lokatora. A Angel zrobiła sobie z niego maskotkę, taką do ganiania, skakania, przygniatania.... biedny Stefan. W miarę dzielnie znosił wszystkie szczenięce wygłupy, aż w końcu nie wytrzymał i oddał. W chwili obecnej znoszą się, tolerują, Angel nadal gania ale przykładamy się żeby nie obrzydziła mu jego kociego żywota :)
Zapytacie,na co mi w takim razie pies??? 
Gdy wracam do domu, a te ślepia wpatrują się we mnie jak w obrazek, ogon zamiata powietrze z radości, kiedy słyszę to haszcze gadanie rozpływam się i wybaczam jej wszystko... nawet te skórzane rękawiczki. Więź jaka może połączyć Cię z Twoim czworonogiem to rzecz bezcenna i nie da się jej zepsuć stertą zjedzonych skarpetek czy objedzonych ze sznurówek butów.
Do napisania moich odczuć związanych z posiadanie szczeniaka zainspirowała mnie Gin ---> klik .
Zajrzyjcie koniecznie do niej i przekonajcie sobie jak ona radzi sobie ze swoją dwójką podopiecznych :)
A teraz konkrety, wielkimi krokami zbliża się Wielkanoc. Co dobrego pieczecie??? Jeśli nie macie pomysłu na mazurka polecam Wam mój przepis. Mazurek w sułtańskim stylu, z daktylami i sezamem. Prawdziwa rozpusta. Mazurek jest banalny w wykonaniu, może się skusicie???
Oprócz tego mazurka znajdziecie u mnie inne mazurkowe inspiracje:


Przepis dołączam do durszlakowej akcji: "Wypieczone święta"




ciasto:

100 g zimnego masła
2 żółtka
1/4 szklanki cukru trzcinowego
2 łyżki skrobi ziemniaczanej
3/4 szklanki mąki pszennej
1-2 łyżki bardzo zimnej wody
1/2 łyżeczki cynamonu

masa daktylowa:

200 g suszonych daktyli
400 ml gorącej, czarnej herbaty

masa sezamowa:

4 czubate łyżki pasty sezamowej z kakao
150 g serka mascarpone

do dekoracji:

złote jajeczka
garść posiekanych orzechów nerkowca


Zacznij od przygotowania kruchego ciasta. Bardzo zimne masło posiekaj nożem, dodaj żółtka oraz składniki sypkie, szybko zagnieć. Jeżeli ciasto będzie mało zwięzłe dodaj 1-2 łyżki zimnej wody. Ciasto owiń w folię spożywczą i schłódź w lodówce przez około godzinę. Gotowe ciasto rozwałkuj, wyłóż nim kwadratową foremkę 20x20, nakłuj widelcem i wstaw do nagrzanego do 160 stopni piekarnika. Piecz przez 20 minut. Gotowy spód wystudź.
Daktyle zalej gorącą herbatą, postaw pod przykryciem na około 30 minut aby daktyle zmiękły. Po tym czasie odlej nadmiar herbaty, a daktyle zblenduj na gładką masę. Masę daktylową rozsmaruj równomiernie na kruchym cieście.
Pastę sezamową zmiksuj krótko z serkiem mascarpone. Gdy masa będzie gotowa rozsmaruj ją na warstwie daktyli. Udekoruj mazurka złotymi jajeczkami i posiekanymi orzechami nerkowca.



2 komentarze:

  1. Ależ apetyczny! ten krem i złote jaja <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Niezła historia :D Ale i tak sie kocha takiego pachruścia najmocniej na świecie :D
    A mazurek przepiękny i z pewnością bardzo smaczny!

    OdpowiedzUsuń