Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 sierpnia 2018

Eton mess, czyli jak nabałaganić w kwadrans






Living on... living on the island,where the sun shines bright and the people smile... ano zamieszkałam, ludzie faktycznie się uśmiechają,a ze słońcem bywa różnie... jak to na wyspie. Co prawda Julia Pietrucha śpiewa o Hawajach ale to tylko taki drobny szczegół ;) 
Tutaj nie ma piaszczystych plaż z palmami, oceanu, tubylców grających na ukulele. Są za to wrzosowiska, Big Ben, fish and chips i popołudniowa five o'clock tea. Pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie, wystawiając mój wewnętrzny barometr na ciężkie próby, lewostronny ruch na drodze wciąż wzbudza moje zdziwienie, a domy wyglądają mikroskopijnie jak pudełka od zapałek. Zaskakuje mnie tu wiele rzeczy, badam grunt, biegam, a rowerem jeżdżę trochę na przekór po prawej stronie chodnika. Kuchnia angielska nie jest mi obca, od dawna interesowało mnie co Anglicy nakładają na talerze. Nigella i Jamie są moimi ulubionymi postaciami związanymi z angielską kuchnią, odebrałam z ich książek dobre przygotowanie kulinarne. Trifle, crumble, banoffee pie, malinowy fool, te wszystkie przepisy znajdziecie już na moim blogu. Dzisiaj dołączam do nich klasyk, Eton mess.
Eton Mess, to najsmaczniejszy rodzaj bałaganu jaki znam,a zrobienie go nie zajmie Wam więcej niż kwadrans. Czy to dobra rekomendacja???
Wykorzystajcie sezon na późne truskawki i "naróbcie bałaganu" w Waszych domach. Gwarantuję, że sprzątanie go sprawi Wam samą przyjemność ;). 



piątek, 9 lutego 2018

Banoffee pie z bezą włoską




Na osiedlu zawrzało. Panowie ze służb porządkowych przycięli okoliczne drzewa i krzewy, panie sprzątaczki uruchomiły miotły i grabie, Zrobiło się jakby wiosennie, bo i temperatura kilka stopni powyżej zera, i słońce pokazało w końcu swoje oblicze. Człowiek stał się bardziej energiczny i przestał snuć się po mieszkaniu jak zbłąkana dusza. Aż do przedwczoraj, kiedy to sytuacja diametralnie się zmieniła. Poranny mróz zwiastował piękny słoneczny dzień. Słońce wynurzyło się znad dachów ale szybko zmieniło zdanie i skryło się pod płaszczem z chmur. Z minuty na minutę robiło się coraz ciemniej i nagle zaczął się spektakl. Najpierw pojedyncze, a później coraz liczniejsze płatki śniegu zawirowały w dzikim tańcu przykrywając czarne połacie chodników. Po godzinie biały puch szczelnie okrywał dachy, drzewa i samochody. Po dwóch godzinach gdy wyszłam na spacer z Angeliną śnieg skrzypiał mi pod butami i czułam się jak w prawdziwej zimowej krainie. Luty pokazał swoje prawdziwe oblicze... ale nie długo bo wczoraj słupek rtęci oscylował w okolicy +2 stopni i większość śniegu spłynęła do studzienek kanalizacyjnych. Ot, takie uroki lutego. 
Chwilowo zmieniłam aktywności z biegów na świeżym powietrzu na bieg na bieżni. Nie chcę kusić moich super talentów do wpadania w poślizg, przewracania się na prostej drodze i łapania kontuzji :)
Za to talenty kulinarne w pełnym rozkwicie. Zamarzył mi się banoffee pie ale nie taki zwykły tylko nieco stuningowany. Zamiast bitej śmietany postanowiłam otulić banany bezą włoską.
Banoffee należy w mojej skali do kategorii "najbardziej słodkich", kawałek, no góra dwa i i jestem zasłodzona na zapas. Jednak możecie mi wierzyć, że beza włoska ma w sobie coś bardzo uzależniającego, że ciężko powstrzymać się od dokładki. Szczerze mówiąc mogłaby zrezygnować ze sporej ilości karmelu na spodzie tarty na rzecz większej bezowej czapy :p.
Jeśli posiadacie opalarkę gastronomiczną koniecznie opalcie wierzch bezy, podkręca to smak całości. Bardzo prawdopodobne, że po szaleństwie Tłustoczwartkowym macie dość słodkości. Moja rada: dziś przygotujcie spód do tarty, a napełnicie go jutro bądź w niedzielę, kiedy Wasze kubki smakowe poczują znowu zew słodyczy :D.
Miłego weekendu moi drodzy, zostawiam Was z przepisem na pyszną tartę banoffee. Dylemat czy piec dziś czy jutro pozostawiam Wam :D ;)


piątek, 14 lipca 2017

Bazyliowa Pavlova z kremem cytrynowym i owocami lata




A może by tak rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady??? Przynajmniej raz w roku staję przed takim dylematem, bo kto choć raz pojechał w Bieszczady wie o czym mówię. Bieszczady to miejsce gdzie spotkacie się z pięknym obliczem dzikiej natury i pokochacie od pierwszego wejrzenia. Pamiętam jak dziś naszą pierwszą wyprawę w to urokliwe miejsce. To było dokładnie 10 lat temu gdy zapakowaliśmy się w auto i pojechaliśmy na spotkanie bieszczadzkiej natury. Na miejsce dotarliśmy w okolicach północy, ciemno że oko wykol. Nasza chatka ukryta była za drzewami, w tych egipskich ciemnościach nie do zlokalizowania. Przy pomocy świateł samochodowych udało nam się ją w końcu namierzyć. W zasadzie egipskie ciemności to stwierdzenie cokolwiek niesprawiedliwe, ponieważ niebo było usłane gwiazdami, Wielki Wóz mrugał do nas wesoło z nieboskłonu. Gdy obudziłam się rano i wyszłam na taras zobaczyłam zielone połacie lasów na stokach, mgły leniwie unoszące się nad łąkami a zza chatki wyskoczył spłoszony jelonek. Olchowiec odsłonił przed nami swoje piękne oblicze. W trakcie tego krótkiego wypadu wzięliśmy udział w słynnym festiwalu Bieszczadzkie Anioły, zajrzeliśmy na targ rozmaitości, a zwieńczeniem tej imprezy był koncert SDM. Spróbowaliśmy pstrąga, odwiedziliśmy zaporę na Solinie, wróciliśmy do domy zachwyceni pięknem i dzikością Bieszczad. Od tamtej pory choć raz w roku staramy się zrobić weekendowy wypad aby odwiedzić stare kąty.
Dzisiaj nadaję dla Was prosto z Bystrego. Siedzę na tarasie, u moich nóg odpoczywa pachruść, w powietrzu unosi się zapach ogniska,jest cudnie i klimatycznie :)
Mam dziś dla Was przepis na Pavlovą ale nieco odbiegającą od klasycznego wydania. Zamarzyła mi się niedawno beza z dodatkiem bazylii. Nie zastanawiałam się zbyt długo i jej smak był dokładnie taki jak sobie zaplanowałam, słodkość bezy została podkręcona smakiem bazylii. Bezę połaczyłam z kremem cytrynowym, który nieco orzeźwił jej słodkie oblicze. Dodatek owoców lata jest przysłowiową kropką nad i. Jednym słowem efekt końcowy zaliczam do bardzo udanych eksperymentów. Zapraszam po przepis na letnią Pavlovą.
Przepis dołączam do durszlakowej akcji: "Cukier z głową" ,a na stronie organizatora klik możecie poczytać o faktach i mitach dotyczących cukru, a także zainspirować się :)




środa, 31 maja 2017

Prosto z raju- Egzotyczna Pavlova





Maj żegna się dziś z kartami kalendarza. Był to przedziwny miesiąc, pełen różnych wydarzeń i zwrotów sytuacji. Wpadłam w ten majowy wir i aż wstyd się przyznać,że kolejka postów do opublikowania urosła, a ja po prostu nie miałam jak się z tym tematem uporać. 
Paradoksalnie pomimo rzadkich publikacji blogowe statystyki w tym miesiącu szalały. Nie raz i nie dwa zachodziłam w głowę co je napędza, bez powodzenia, więc pogodziłam się i przeszłam z tym faktem do porządku dziennego. Oczywiście nie mam zamiaru ukrywać, że lubiłam podpatrywać jak cyferki wyświetleń rosną i rosną :)
Majowy kołowrót na tyle mnie zmęczył, że w czerwcu postanowiłam nieco zwolnić, zająć się zaległymi sprawami, więc możecie się wkrótce spodziewać pysznych inspiracji.
Na zakończenie miesiąca postanowiłam podzielić się z Wami przepisem na deser, którego przygotowania okupiłam wszelkimi odcieniami obaw,rozpaczy i napięcia. Beza moi mili to deser, który często przyprawiał mnie o depresję. Ile razy beza się zapadała, ile razy podchodziła syropem, zawsze coś było nie tak. Z pomocą nadeszła koleżanka, która podzieliła się ze mną swoim sposobem na bezę. Spróbowałam. Hurra!!! Udała się :). Postanowiłam ją przystroić w tropikalne klimaty. Bardzo jej z tym do twarzy, prawda??? A jak Wasze bezy??? Zawsze udane??? A może mieliście z nimi przejścia jak ja??? 


piątek, 3 lutego 2017

Powrót do klasyki- Pleśniak z orzechową bezą


Mglista noc przyniosła nam dziś szary, mokry posępny poranek. Osiedlowe chodniki świecą perfekcyjną szklanką, tu i ówdzie są upstrzone piaskiem, który prawdopodobnie miał spełniać funkcję bezpieczeństwa. Miał, bo widziałam już kilka spektakularnych piruetów wykonanych przez mieszkańców mojego osiedla, sama też dałam kilka długich ślizgów podczas spaceru z pachruściem. No, ale czemuż się dziwić jak się zakłada na taką pogodę obuwie sportowe. Tu biję pokłon mojemu lenistwu, które szeptem podpowiadało, że te sportowe na spacer będą lepsze, bo tamte zimowe to trzeba strasznie długo sznurować, Posłuchałam więc i poszłam na sportowo, na szczęście upadku nie było i powiem więcej, na następny spacer też ubieram sportowe. Możecie wierzyć lub nie ale jak się zrobi takich spacerów około 8-9 w ciągu dnia to dobór obuwia dyktowany jest przez wygodę. Między innymi dlatego czekam z utęsknieniem na wiosnę, bo wreszcie wyjście na spacer nie będzie się wiązało z ubieranie kurtki,czapki i całego zimowego przyodziewku. 
Ja swój szary piątek zaczęłam nadzwyczaj energicznie, jest południe a ja już wysprzątałam wszystkie kąty mojego mieszkanka, dwa prania zakończyły już swój cykl, zmywarka tez już ciągnie drugą turę i zaraz zabieram się równie energicznie za obiad. Skąd u mnie tyle energii??? Ano z musu. Ten weekend upłynie nam pod znakiem tańca. Najmłodsza latorośl począwszy od dziś do niedzieli włącznie tańczy na przedstawieniu w naszym domu kultury. Jest to wydarzenie cykliczne i o sporej skali jak na nasze miasto, czeka nas więc weekend spędzony poza domem. Latorośl podekscytowana, bo tańczą nareszcie "dorosły" jazzowy układ, a nie tam jakieś skakanki i hulanki. Strój już przygotowany, baletki również, czekamy więc na dzisiejszy wieczór z niecierpliwością.
A dla Was mam przepis na ciasto. Pleśniak, choć sama nazwa powoduje u mnie nieprzyjemne dreszcze jest jednym z moich ulubionych ciast. Jest to jedno z ciast z mojego dzieciństwa, babcia robiła je w domu bardzo często. Choć w dzisiejszych,nowoczesnych czasach ten przepis może wydawać się nieco obciachowy ja wciąż chętnie do niego wracam. Staram się jednak nie robić tego zbyt często, zjadam zdecydowanie więcej niż powinnam. Beza w moim pleśniaku jest wzbogacona orzechami włoskimi, co moim zdaniem przyjemnie podkręca jego smak. Przepis dorzucam do zakładki 'Powrót do klasyki' bo ciasto to jest znane i lubiane przez nasze mamy, babcie i przez nas.



środa, 11 stycznia 2017

Styczniowe lody, czyli lody jogurtowe z bezikami i malinami





Znów ścisnął mróz. Myślałam,że po fali mrozów z pierwszego weekendu stycznia mogę się spodziewać tylko ocieplenia. No, przynajmniej tak mi podpowiada moje wewnętrzne ja, które wyczekuje temperatur powyżej zera. -18 stopni z minionej nocy skutecznie podłamało moją cichą nadzieję na rychłą wiosnę. Mróz najbardziej lubię oglądać w telewizji, tudzież przez okno spod ciepłej flanelowej pościeli. Dlaczego tak narzekam na mróz??? Bo spacerowanie w takich temperaturach w późnych godzinach nocnych należy do raczej wątpliwych przyjemności. A co ja robię w późnych godzinach nocnych na spacerze, zapytacie??? Otóż wyprowadzam naszego nowego członka rodziny, a właściwie to członkinię. Po stracie Rudziszonka przez dłuższą chwilę zarzekałam się, że nigdy więcej nie wezmę pod swój dach psa. Bo się przywiążę, bo już nie chcę, bo na pewno nie trafię na drugiego takie psa jak Rudziszon. Tak, trwało to chwilę, a po niej zaczęłam wyszukiwać godną towarzyszkę, która zastąpi puste miejsce.I znalazłam: małego, puchatego, biało-rudego pachruścia. Masz babo placek, a raczej psa. Kot się nie wypowiedział na temat nowej domowniczki, za to jego mina była aż nazbyt wymowna. Cóż, mam nadzieję, że ich stosunki będą przynajmniej poprawne. Angel przewróciła nasze życie do góry nogami, a także całą moją wiedzę o psach, którą udało mi się dotychczas zgromadzić. Posiadając dorosłego, emocjonalnie stabilnego psa czuje się teraz, jakby ktoś wpuścił mnie w młyn. Częste spacery w celu nauki czystości to nieodłączny punkt każdego dnia, tak więc czy zimno, czy zimniej, wychodzić musimy.
Na przełamanie styczniowych lodów mam dla Was lody :D Pomyślicie,że zwariowałam ale u nas w domu sezon na nie trwa cały rok. Lody, które Wam proponuję są pyszne:z bezikami i malinami, lodowa pycha. Lody pomijając dodatki są dwuskładnikowe, więc może się skusicie i zrobicie ???



środa, 27 kwietnia 2016

Lody a la semifreddo z bezikami i rabarbarem




Tegoroczna wiosna ma to do siebie, że możemy się nacieszyć nielicznymi, słonecznymi dniami. Tak było wczoraj. Początkowo dzień zapowiadał się dość chłodno, jednak koło południa słońce nieco śmielej przygrzało i uratowało popołudnie. Oczywistym było,ze pojadę do stadniny, a gdy odebrałam telefon z informacją, że robimy teren przyspieszyłam obroty aby zdążyć. Plan był na stępo-kłus i rekonesans terenu. Konie po zimie miały mało ruchu, głównie z powodu niesprzyjającej aury. Jeśli ktoś z was miał z nimi do czynienia, ten wie jak kopytne towarzystwo potrafi się zachowywać gdy poczuje przestrzeń. Dodać tu muszę również,że mój osobisty rumak ma jeszcze jedną cechę- jest mega tchórzem, tchórzem w typie 'wszystkiego się boję' a do tego typem 'lepiej wystrzelę do przodu' i jeszcze 'lepiej zawrócę do stajni'. Czemu o tym piszę? Po pierwszych kilku kilometrach w miarę spokojnej jazdy i perspektywy galopu pod górkę Arabella uznała, że skoro jest sygnał do galopu to ona profilaktycznie wystrzeli jako pierwsza ale zaraz po tym zdecydowała, że ona jednak woli galopować w stronę stajni. I tak mój rumak wystrzelił w prawo a ja niestety w lewo. Uderzyłam o ubitą ziemię tak mocno, że aż zadzwoniło. Zanim wykonałam pierwszy ruch minęło dobrych kilka minut, zastanawiałam się czy ból który czuję jest chwilowy,czy jednak zwiastuje poważniejsze sprawy. Okazało się, że mocno się poobijałam ale kości mam całe. Dość komicznie wyglądałam, leżąc bez ruchu i śmiejąc się z bądź co bądź mało śmiesznej sytuacji. Nie wspomnę o minach moich rajdersów. A co z rumakiem??? No cóż, gdy poczuła, że coś z ciężarem na grzbiecie nie tak, postanowiła jednak poczekać. Teren z przygodami jednym słowem. Mówi się,że po 10 upadkach przestaje się liczyć, oficjalnie dobiłam do bramki nr 2. A dziś chodzę jak babcia staruszeczka, boli mnie w krzyżu i za łopatką. Nie potrafię się jednak obrazić na jazdę, zbyt mocno to pokochałam. Arabelcia po powrocie dawała mi całuski licząc na cukier, i jak tu się gniewać na to serduszko??? Na przyszłość podjęłam postanowienie, że dopóki nie wypracujemy odpowiedniej liczby km na ujeżdżalni trzymam się z daleka od terenów. Moje ogólne poobijanie sprawiło, że nie podzieliłam się z wami obiecanym przepisem na lody. Zapraszam więc dzisiaj na mega pyszne lody z rabarbarem i bezikami. Jedne z lepszych jakie wyszły spod mojej ręki. Zrobiłam je na bazie mrożonego deseru semifreddo, zamroziłam je jednak w pojemniku i zaserwowałam w wafelkach. Lody są kremowe, rabarbar świetnie równoważy słodycz. Polecam na zbliżającą się majówkę :).




środa, 21 października 2015

Śliwkowy bałagan z Eton




Jesień,melancholii czas... dosłownie. Sama nie wiem co sądzić o tegorocznej jesieni. Jednego dnia pogoda jest piękna, drzewa mienią się wszystkimi odcieniami czerwieni,by już na drugi dzień chmury zasnuły niebo a wiatr wściekle targał włosy i rozwiewał poły kurtki. Wspominam poniedziałkową piękną pogodę i teren w całkiem nowej stajni,galop po leśnych ścieżkach, gałązki smagające policzki,było pięknie i ekscytująco. Jeśli ktoś z was próbował jazdy konnej nie tylko na ujeżdżalni na pewno wie co mam na myśli. To niesamowite uczucie galopować w otwartej przestrzeni,czuć jak koń dudni kopytami o ziemię i mieć wrażenie,że zaraz oderwiemy się oboje od jej powierzchni i pofruniemy hen daleko :). Wtorek przywitał nas za to ciężkim niebem i miałam wrażenie,że mogę ściągać chmury grabiami.Odwiedziłam Arabellę wykonując jazdę figurową w błocie na padoku. Nawet potruchtałyśmy wspólnie żeby przewietrzyć kopytka ale jazda zakończyła się w strugach deszczu. Za to dziś pomimo chmur zwiastujących opady zapakowałyśmy się w auto w składzie ja, moja siostra i Rudziszon i pojechałyśmy na grzyby. Las przywitał nas chłodem i pięknymi kolorami. Dywany wrzosów, soczyście zielony mech i żółte liście układające się w piękne kobierce. Rudziszonowa miała raj,wybiegała swe haszcze łapki, na koniec grzybobrania poganiała nas do samochodu (aktualnie śpi jak suseł) Grzybobranie udało się wyśmienicie, tradycyjna pizza z grzybami została już tylko wspomnieniem a ja postanowiłam nadrobić zaległości blogowe.
Opowiem wam o śliwkach,które postanowiły narobić bałaganu w Eton :) Eton mess znamy chyba wszyscy,angielski deser,który ujmuje prostotą ale i smakiem. Ja postanowiłam wam zaprezentować jesienne wydanie tego deseru. Śliwki duszone z cynamonem komponują się z bezami i bitą śmietaną tworząc jesienną poezję. Na zrobienie tego deseru poświęcicie nie więcej niż kwadrans a efekt może śmiało konkurować z tradycyjnym Eton mess.




niedziela, 25 maja 2014

Truskawkowe rożki



Lubicie galaretkę???Ja nie znoszę,a przynajmniej nie w postaci galaretki w pucharku ozdobionej bitą śmietaną. Lubię za to dodawać galaretkę deserów i ciast bo nadaje im przyjemny smaczek.
Za mną słoneczna niedziela, wyprawa do Sandomierza, spacer po Starówce i pyszna kawa mrożona :p
w domu też niedzielny klimat,cisza,spokój,leniwie płynący czas. Wczoraj ukręciłam pierwsze domowe lody waniliowe,a co za tym idzie zostało mi sporo białek. Pomyślałam,że na ich bazie stworzę coś prostego i absolutnie pysznego a że pod ręką miałam również galaretkę truskawkową mój wybór padł na truskawkowe rożki. Zrobisz je w oka mgnieniu,a później będziesz się zastanawiać jak w tak krótkim czasie można zrobić coś tak smacznego ;)
Mój przepis dołączam do akcji "Rozpocznij owocowy sezon z galaretkami Winiary"


piątek, 14 lutego 2014

Bezowe serduszka




Moja mała Walentynka jest nimi zachwycona.Cóż,serduszka wyglądają naprawdę pięknie i uroczo.Jeśli nie macie pomysłu czym obdarować swoich bliskich te serduszka sprawdzą się idealnie.Robi się je bardzo łatwo,to takie małe,słodkie dzieła sztuki.Nie zrażajcie się tym,że bezę trzeba suszyć,dzięki temu skorupka się nie spiecze a bezy nie będą się lepić.Walenty dziś ma szeroki gest,jest szaro i deszczowo,nasyćmy więc oczy różami i czerwieniami.Życzę wam wszystkim udanych Walentynek!