Późną jesienią przychodzi taki moment, gdy ciężko mi odróżnić poranek od zmierzchu. Ze snu zamiast promieni słońca, budzi mnie dźwięk budzika. Unoszę ciężkie powieki tylko po to, aby znaleźć dziada i wyłączyć... i ukraść jeszcze kilka minut na dobudzenie się.
Poranna szarówka przeplata się z mgłami, wilgocią i chłodem. Nic dziwnego, że objęcia kołdry są wymarzonym towarzyszem,a wynurzenie się z nich wydaje się być największą karą.
Zmierzch zapada już w okolicach czwartej, dnia ubywa coraz bardziej.
Postanowiłam popracować troszkę nad produkcją endorfin i po długim okresie chorobowym wróciłam do biegania. Póki co szału nie ma. Choróbsko i brak ruchu zrobiły swoje, więc na razie walczę z brakiem wydolności oddechowej. Natomiast moi drodzy odżyłam, poranki nie są już dla mnie walką o przetrwanie.
Oczywiście jeżeli dbam o ciało, to nie mogę zaniedbać wewnętrznego ja. A mój wewnętrzny duch podpowiada mi, abym słuchała dużo przyjemnej muzyki i jadła same pyszne rzeczy. Do tych pysznych rzeczy zaliczają się przede wszystkim ciasta, najlepiej ciężkie i wilgotne.
Musicie wiedzieć, że ja w tych sprawach bardzo słucham swojego ja. Tak więc i tym razem posłuchałam, i upiekłam, ciężkie, wilgotne, czekoladowe ciasto Missipi mud cake.
Nazwa tego ciasta wywodzi się z południowych stanów Ameryki Północnej. Jego wygląd i konsystencja mają przypominać błotniste dorzecze Missisipi.
Jak zwał, tak zwał, moim skromnym zdaniem to jedno z najlepszych ciast czekoladowych, jakie upiekłam. Ciasto jest wilgotne, odpowiednio słodkie, po prostu idealnie. Wszystko tu ze sobą współgra, aż ciężko zatrzymać się na jednym kawałku.
Do pełni szczęścia ciasto potrzebuje polewy, nie pomijajcie jej jeśli będziecie je piec. Dekoracja z bezy włoskiej, w postaci duszków to już moja inwencja. Jeśli nie macie chęci na zabawy z rękawem cukierniczym, możecie ten punkt pominąć.










