środa, 24 maja 2017

Majowe smaki, sernik na zimno z białą czekoladą i truskawkami, na spodzie orzechowym



Kukułki na dobre rozpoczęły swoje trele. Gdy byłam małą dziewczynką wiązał się z tym pewien rytuał. Na początku maja mój dziadzio zawsze dawał mi monetę, większą lub mniejszą i mówił, że to "na kukułkę". Monetę nosiłam zawsze przy sobie, w kieszonce sweterka lub kurteczki i czekałam. A na co??? Czekałam na to aby kukułka mnie okukała :D. Miało mi to zapewnić powodzenie i bogactwo. Powiem więcej, jeżeli kukułka złapałaby mnie swoim kukaniem i nie miałabym przy sobie pieniążka wróżyło to pech. Nosiłam więc te monety, a jeśli zdarzyło mi się przepuścić je na lizaki bądź lody, dziadzio uzupełniał mą kieszeń. Lata płynęły a mnie pozostał w głowie ów rytuał.
W ostatnią niedzielę galopując na moim rumaku niespodziewanie usłyszałam kukanie. Zamarłam, zatrzymałam rumaka i gorączkowo myślałam czy mam przy sobie pieniążek. W saszetce znalazłam trochę drobnych. Ufff, moje bogactwo zostało uratowane :).
A propo bogactwa... w maju objawia się ono wysypem nowalijek, chrupiących warzyw i truskawek. W tym roku maj przywitał nas wyjątkowo chłodny, a przez to cena truskawek może przyprawić o zawrót głowy. Cena jednak mnie nie odstraszyła na tyle, żeby całkiem je omijać. Zakupiłam mały koszyczek i postanowiłam zaserwować je w serniku na zimno. Jak już jesteśmy przy serniku muszę Wam powiedzieć, że wybór na białą czekoladę padł nie bez powodu. Niedawno kupiłam w Biedronce serek Tutti o smaku białej czekoladowy. Już po pierwszym kubeczku zakochałam się w jego smaku. Powiem więcej, sernik z jego dodatkiem wychodzi przepyszny, a mocno orzechowy spód dopełnia całości. Zapraszam po przepis, zróbcie sernik na niedzielę :).





czwartek, 18 maja 2017

Five o'clock po godzinach- Kwiecień



#1 Sernik na zimno z truskawkami #2 Sesja zdjęciowa dla naszej pani vet #3 Angelina #4 Raspberry macarons #5 Bzy #6  Campfire cones #7 Arabella #8 Lody rabarbarowe #9 Portobello bbq #10 Stefano

sobota, 29 kwietnia 2017

Proste lody z bananów i czekolady




Gdy byłam małym dzieckiem lody były prawdziwym rarytasem. W czasie gdy na półkach sklepowych brakowało dosłownie wszystkiego, możliwość zjedzenia śmietankowego bambino na patyku lub orzechowych lodów w kostce graniczyło z cudem. Mój dziadek co jakiś czas przynosił lody do domu. To były jedne z najwspanialszych momentów mojego dziecięcego jestestwa. Później popularność zyskały lody z maszyny. Często w niedzielne popołudnie mama przywoziła je w słoiku i nakładała porcje do wafelkowych rożków. Mmmmm, to było pyszne.
A dziś??? Dziś możemy wybierać, przebierać, a wybór smaków może przyprawić o zawrót głowy. Ja jestem wybrednym lodożercą. Nie wszystkie lody mi smakują, mam swoje ulubione marki, których kurczowo się trzymam, przeskakując od czasu do czasu z jednych połączeń smakowych na inne.
Lubię też lody kręcone przez małe manufaktury, bo smakują jak domowe. No własnie, domowe lody. Długo nie wahałam się zanim ukręciłam swoje pierwsze. Byłam pewna,że po prostu mi się nie uda i wyjdzie niesmaczna breja. Chęć komponowania własnych smaków była jednak na tyle silna, że w końcu się przełamałam i zaczęłam własną produkcję. Doskonale pamiętam swoje pierwsze lody, pyszne, truskawkowe. Od tamtej pory sezon lodowy trwa u mnie cały rok.
Uwielbiam zarówno te robione na tradycyjnym kremie angielskim, poprzez jogurtowe a także te, których bazą są mrożone banany. Dziś podzielę się z Wami przepisem na te ostatnie. Proste, 3 składnikowe lody, których bazą są mrożone banany. Nie trzeba tu długo gdybać: banany i czekolada to połączenie, które nie może się nie udać.
Jeśli szukacie lodowych inspiracji książka Jolanty Naklickiej-Kleser dostarczy ich Wam całe mnóstwo.
Przepis dołączam do durszlakowej akcji: "Zdrovo, Domovo, Lodovo".





czwartek, 27 kwietnia 2017

Majówkowe inspiracje- Rabarbarowy cobbler





Choć pogoda zwodniczo mogłaby wskazywać na porę roku oscylującą wokół październikowych deszczowych dni, wielkimi krokami zbliża się majówka. Długi majowy weekend inauguruje sezon bbq, a dla mnie również sezon na rabarbar. Na jedno i drugie czekam z niecierpliwością. 
Kwaśne, różowe łodygi uwielbiam od zawsze. Zarówno serwowane saute, maczane w cukrze, jak i w babcinym kompocie oraz wszelkie desery i ciasta na ciepło. 
Rabarbar rósł w babcinym ogródku, nieco zapomniany, tuż za krzaczkiem agrestu. Babcia nigdy nie przykładała się do jego podlewania, a on jakby na przekór rósł bujny i okazały. Był towarzyszem naszych dziecięcych zabaw służąc jako parasol. Chodziliśmy trzymając w dłoniach wściekle różowe łodygi a nad naszymi głowami rozkładał się zielony baldachim. Po zakończonej zabawie zanosiliśmy łodygi do babci, a ona gotowała z nich dla nas kompot. 
Dziś już nie ma babcinego ogródka, ani tamtego rabarbaru, został mi osiedlowy zieleniak. Co roku na przełomie kwietnia i maja pojawiają się w nim moje ukochane łodygi. Gdy tylko moje oko złowi je wśród gąszczu nowalijek znoszę je do domu w ilościach hurtowych. 
Tegoroczny sezon rabarbarowy rozpoczynam przepisem na cobbler. Cobbler to deser popularny w Ameryce Północnej, to ciepły rozgrzewający deser, nieco różniący się od znanego crumble.
Jak dla mnie zarówno wersja na ciepło jak i na zimno jest warta uwagi. 
Do ciasta oprócz masła dodaje się smalec, dzięki temu ciasto na zewnątrz jest chrupkie, a w środku pozostaje mięciutkie. Uwierzcie mi, poezja. Na samą myśl o tym moje ślinianki zaczynają nadprodukcję. Jeśli nie macie jeszcze planów na majówkowe słodkie co nieco polecam Wam ten deser. 



Mazurek z nutką cytryny, suszoną śliwką i kremem z białej czekolady



Angel, nasz nowy domownik jest psem nie byle jakim. Piękna, z kształtną głową, mądrym spojrzeniem... po prostu haszczy ideał. Ma tez piękny zgryz, przez fachowców zwany nożycowym. A co kogo obchodzi psi zgryz zapytacie??? Otóż może on mieć duże znaczenie. Na ten przykład nasza Rudziszonowa przyszła na ten świat z wadą zgryzu, a dokładniej z tyłozgryzem. Co to jest ten tyłozgryz??? Otóż Nuczysławy dolna szczęka była nieco krótsza od górnej, jeżeli wylegiwała się na grzbiecie można było podziwiać część uzębienia z górnej szczęki. A jeśli chodzi o praktykę to wykazywała wszelkie cechy "dziurawej brody". Gdy piła wodę, to woda była naokoło miski, lubiła również wyciec jej z pyska. Wiadome było, że każda wizyta przy misce z wodą kończyła się wycieraniem podłogi. Było to na swój sposób urocze, był to taki jej znak rozpoznawczy :)
Okazało się jednak, że wcale nie trzeba wady zgryzu aby pić w dokładnie taki sam sposób. Gdy Angel staje przy misce z wodą odnoszę wrażenie, że też cierpi na syndrom "dziurawej brody". Za każdym razem woda tworzy obok miski kałużę. Tym razem winowajcą jest nie zgryz a psia maniera. Gdy Angel trafiła do naszego domu podśmiewaliśmy się, że teraz skończy się wycieranie kuchennej podłogi. Nic bardziej mylnego, podłogę jak wycierałam tak wycieram. Cóż, taki los.
Dziś mam dla Was ostatni już przepis z serii tych świątecznych. Mogłabym oczywiście czekać do przyszłego roku ale ten mazurek był tak pyszny, że po prostu nie mógł czekać do następnych świąt.
Cytrynowy kruchy spód, warstwa suszonych śliwek i krem z białej czekolady tworzą tak cudowny poemat, że ciężko zatrzymać się na jednym kawałku.
Gorąco polecam te przepis na kolejne święta, oprócz genialnego smaku mazurek cieszy też oko. Namówiłam Was???


Wielkanocna baba ze szpinakiem i cytryną



Deszcz siąpi już trzeci dzień z rzędu. O ile w pierwszy dzień było dość ciepło, to dziś słupek rtęci oscyluje niewiele powyżej zera. Niebo przybrało barwę stalowych szarości i stłumiło bujnie rozkwitłą zieleń okolicznych drzew i krzewów. Krople deszczu wystukują staccato na kuchennym parapecie przy akompaniamencie jednostajnie szemrzącego kapuśniaczku. 
Własnie zaparzyłam trzecia filiżankę herbaty, na ramiona narzuciłam ciepły sweter, rozważam wzięcie koca... w takie dni jak dziś cenię sobie domowe zacisze. Mój mały zwierzyniec zdaje się podzielać moją opinię i beztrosko wyleguje się: kot na naszym łóżku, pies na swoim kocyku.
Aby odczarować paskudną bądź co bądź pogodę przygotowałam kremową zapiekankę z ziemniaków, uwierzcie mi, pachnie bosko. Jej zapach miesza się ze słodkim zapachem rabarbarowego cobblera, który "dochodzi" właśnie w piekarniku. Gdy dom wypełnia się takimi zapachami to widok za oknem nie straszy już tak bardzo. A czy Wy serwujecie sobie w ponure dni comfort food? Czy lubicie rozgrzać ciało i duszę czymś pysznym? Ja muszę wyznać, że wprost przepadam za spędzaniem czasu w kuchni w taką pogodę. Przepisem na cobbler podzielę się z Wami już wkrótce, a dziś mam dla Was przepis na wielkanocną babkę. Przepis ten z założenia miał się ukazać chwilkę przed świętami. Niestety migrena skutecznie pokrzyżowała moje plany. Postanowiłam się nim podzielić właśnie dzisiaj, bo soczysta zieleń to jest, czego potrzebujemy przy deszczowej aurze.
Babka prezentuje się fenomenalnie, soczysta zieleń i żółć nadają jej prawdziwie wiosennego wyglądu. Babkę przygotowuje się bardzo szybko, ciasto jest wilgotne i niebiańsko pachnie cytrusami. Śmiało możecie ją piec nie tylko na święta, idealnie nada się do popołudniowej herbatki. Jeśli nie lubicie lukru, możecie babkę oprószyć cukrem pudrem, możecie również serwować ją saute. Zapraszam po przepis na kawałek wiosny :), gwarantuję poprawę nastroju.



środa, 26 kwietnia 2017

Lody maślankowe z jagodami




Wiosna przynosi zmiany. Zmienia się przede wszystkim pogoda, nagle okazuje się, że można rzucić w kąt zimową kurtkę i szalik. Zmienia się świat rozkwitając wszystkimi odcieniami zieleni. Jak tak człowiek zobaczy tyle zmian to i sam odczuwa pragnienie zmiany czegoś w najbliższym otoczeniu. Jedni przywdziewają dresik i zaczynają przebieżki, inni a raczej inne odwiedzają fryzjera aby odświeżyć fryzurę.... a ja na wiosnę lubię zrobić generalne porządki w zamrażarce :D.
Czego to człowiek nie nagromadzi w jej czeluściach przez jesień i zimę, same skarby. Ja znalazłam zawieruszony pojemniczek listków lubczyku, pudełeczko malin i jagody. Jagody!!! Prawdziwy skarb.
Postanowiłam zrobić z nich użytek. W pierwszym odruchu miałam zrobić proste, ucierane ciasto z jagódkami ale gdy zobaczyłam lody pistacjowe u Gin zmieniłam koncepcję. Ukręciłam lody maślankowe z jagodami. Sam proces przygotowania jest dość prosty, najgorsze jest to czekanie. Nie posiadam maszynki do lodów, więc jestem skazana na zamrażarkę. Dobrze jest je przynajmniej raz w trakcie procesu mrożenia zblendować. Dzięki temu lody będą bardziej aksamitne i nie wyczujecie w nich kryształków lodu. Nie będę się przechwalać ale lody wyszły pyszne,koniecznie spróbujcie zrobić takie w domu.
Przepis dodaję do durszlakowej akcji "Zdrovo, Lodovo, Domovo" a jeśli szukacie więcej lodowych inspiracji zapraszam do książki Lodovo .


poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Wielkanocna łączka- szpinakowa kostka z mango curd




Kwiecień nie jest dla mnie najszczęśliwszym z miesięcy. Rozpoczął się nawet nieźle, bo i ładna pogoda, i czas wypełniony różnymi aktywnościami,i ciasta się udają jedne za drugimi ;)
A tu ni z tego, ni z owego przed samymi świętami dobra passa mnie opuściła. Zaczęło się od dwudniowej migreny. Nie mogę narzekać, nie była jakoś specjalnie mocna ale jednak. Uporczywy ból tuż za prawym okiem nie chciał mnie opuścić pomimo aplikowania leku, który zazwyczaj rozprawiał się z nią bardzo szybko. Fakt faktem aura też była niesprzyjająca, ciągle wiało, pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie. Migrena odpuściła na same święta aby ustąpić miejsca chorobie, która podstępnie rozłożyła na łopatki. Nie wiem czy to zbyt lekki ubiór, czy jakiś wyjątkowo paskudny wirus ale już w Śmigusa Dyngusa czułam,że coś zaczyna mnie brać. Początkowo zbagatelizowałam sprawę, pojechałam nawet do stadniny aby tradycji aktywnych świąt stało się zadość. Wieczorem tego samego dnia wzięłam gorącą imbirową kąpiel i położyłam się spać z przeświadczeniem, że rano wstanę nówka sztuka. Nie wstałam, położyło mnie na 3 dni, bóle stawów, powiększone węzły chłonne, potworny ból gardła i uszu, jednym słowem tragedia. Tym razem oprócz naparów z imbiru użyłam nieco mocniejszego oręża aby w miarę szybko dojść do siebie. W sobotę udało mi się wstać ale osłabienie odczuwałam do samego wieczoru. Niektórym takie 3 dniowe leżenie w łóżku jawi się jako raj, ja nie mogłam wyleżeć. Jedynym plusem jest to, że zabrałam się za czytanie i podgoniłam statystki czytelnicze.
Dzisiaj czuję się już całkiem nieźle, chociaż głos wciąż mam jakbym wchodziła w okres dojrzewania.
Przez to chorobowo-migrenowe zamieszanie nie podzieliłam się z Wami wszystkimi moimi świątecznymi propozycjami wypieków. Nadrabiam więc zaległości i dziś proponuję Wam szpinakową kostkę z mango curd, która jak wcześniej muffiny nazwałam "wielkanocną łączką".
Ciasto tak nam smakowało, że na pewno nie raz i nie dwa pojawi się jeszcze na naszym stole. Polecam i Wam, koniecznie wypróbujcie.
Przepis dołączam do durszlakowej akcji :Wypieczone Święta: Wielkanoc 2017"

wtorek, 11 kwietnia 2017

Mazurek w sułtańskim stylu z daktylami i kremem sezamowym





Angel, zwana też w domu pachruściem, Rudziszonkiem (chociaż z rudym ma niewiele wspólnego) i Angeliną jest z nami 4 miesiące i nie przesadzę ani trochę gdy napiszę,że przewróciła nasze życie do góry nogami. Po Rudziszonku miało już nie być więcej hasiorków ani innych czworonogów w naszym domu, Stefek w zupełności miał nam wystarczyć jako pupil. Ah, ta słaba silna wola... Oczywiście upłynęło trochę czasu zanim zaczęłam poważnie brać pod uwagę wzięcie kolejnego hasiorka...a ściślej biorąc 3 miesiące. Stwierdziłam,że jestem już zaprawiona w bojach, bo wychowałam naszego poprzedniego rudzielca. O naiwności... już pierwsza noc z naszym małym pachruściem dała mi znak, że zdecydowanie zapomniałam jak to jest mieć szczeniaka.
Bardzo szybko przeszłam ponowny kurs oswajania szczenięcia z nowym domem, bardzo szybko pojęłam,że nauka czystości w środku grudnia nie pójdzie mi tak gładko jak myślałam. Nocne pobudki o 2 czy o 3, a także 4 w nocy, narzucanie na siebie kurtki, czapki i szalika spowodowało, że jeszcze szybciej zakupiłam maty higieniczne. Okazało się, że ten mały bąbel bardzo szybko pojął do czego one służą i dzięki temu mogłam przespać w nocy nieco więcej niż 3 godziny pod rząd.
Angel dostarcza nam wciąż nowych atrakcji. Na początku było to notoryczne zjadanie skarpetek, porywanie gazet, wciąganie na spacerze wszystkiego co odróżniało się od podłoża. Mieszkanie zostało gruntowanie opróżnione z rzeczy, które mogłyby się nadawać do zjedzenia ale ten mały skubaniec potrafił dorwać kolejną parę rękawiczek H., pozbawić palców moje nowiutkie, skórzane rękawiczki jeździeckie, czy pogryźć sznurówki w pozostawionych przez jakiegoś zapominalskiego butach. Jak już opanowaliśmy w miarę sprawy gryzienia dostarczając co rusz nowe gryzaki zaczęło się dawanie drapaka, więc zaczęliśmy spacery na smyczy. Nic to, nasz pachruść ma fantazję i zaczęła dawać drapaka gdy po zaparkowaniu auta pod blokiem zdążyłam ledwo co uchylić klapę bagażnika. Ile razy mało nie dostałam zawału widząc jak Angel beztrosko kręci kółka po parkingu a z zakrętu wyjeżdża auto, a mój pies nawet nie śni o tym,żeby do mnie przyjść. Okazało się, że w stadninie również wykazuje się ułańską fantazją i nic nie robi sobie z gabarytów koni obskakując im tylne kończyny, czy z jeszcze większa fantazją wpada z impetem na padok aby potem w jeszcze dzikszym pędzie uciekać przed Akbarem, który za psami nie przepada...
Mój pies stał się też moim osobistym budzikiem i codziennie punkt 6 stawiał sobie za punkt honoru obudzenie mnie, liżąc z zapamiętaniem moje wystające spod kołdry stopy.
Ah tak... jeszcze kot. Stefek nawet nie starał się ukryć niezadowolenia związanego z pojawieniem się nowego lokatora. A Angel zrobiła sobie z niego maskotkę, taką do ganiania, skakania, przygniatania.... biedny Stefan. W miarę dzielnie znosił wszystkie szczenięce wygłupy, aż w końcu nie wytrzymał i oddał. W chwili obecnej znoszą się, tolerują, Angel nadal gania ale przykładamy się żeby nie obrzydziła mu jego kociego żywota :)
Zapytacie,na co mi w takim razie pies??? 
Gdy wracam do domu, a te ślepia wpatrują się we mnie jak w obrazek, ogon zamiata powietrze z radości, kiedy słyszę to haszcze gadanie rozpływam się i wybaczam jej wszystko... nawet te skórzane rękawiczki. Więź jaka może połączyć Cię z Twoim czworonogiem to rzecz bezcenna i nie da się jej zepsuć stertą zjedzonych skarpetek czy objedzonych ze sznurówek butów.
Do napisania moich odczuć związanych z posiadanie szczeniaka zainspirowała mnie Gin ---> klik .
Zajrzyjcie koniecznie do niej i przekonajcie sobie jak ona radzi sobie ze swoją dwójką podopiecznych :)
A teraz konkrety, wielkimi krokami zbliża się Wielkanoc. Co dobrego pieczecie??? Jeśli nie macie pomysłu na mazurka polecam Wam mój przepis. Mazurek w sułtańskim stylu, z daktylami i sezamem. Prawdziwa rozpusta. Mazurek jest banalny w wykonaniu, może się skusicie???
Oprócz tego mazurka znajdziecie u mnie inne mazurkowe inspiracje:


Przepis dołączam do durszlakowej akcji: "Wypieczone święta"


czwartek, 6 kwietnia 2017

Zawijany tort szpinakowy z olejem rzepakowym udekorowany czekoladowym gniazdkiem



Już tylko 10 dni dzieli nas od Wielkanocy, czas najwyższy sporządzić listę świątecznych potraw i wypieków. Uwielbiam tradycyjne wypieki jak babki,mazurki czy serniki ale lubię też eksperymentować ze słodkościami. Co roku staram się przygotować zielony wypiek, do którego dodaję szpinak. Uwielbiam ten żywy, zielony kolor który nadaje on ciastom. Na te święta chcę Wam zaproponować zawijany torcik szpinakowy przełożony malinowym kremem. 
Biszkopt wzbogaciłam dodatkiem oleju rzepakowego, który nadaje mu wilgotności i delikatności. Olej rzepakowy stale gości w mojej kuchni, na jego bazie przygotowuje dressingi, majonez, dodaję go do wypieków. Dlaczego używam oleju rzepakowego??? Odpowiedź jest prosta: dbam o zdrowie moje i mojej rodziny. Olej rzepakowy jest bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe Omega 3 i Omega 6, ma optymalny skład tłuszczowy i jest naszym rodzimym produktem. To właśnie przez to nie może go zabraknąć w kuchni każdej pani domu.
Mój torcik przyozdobiłam czekoladowym gniazdkiem, które nadaje mu wiosennego wyglądu. Poniżej znajdziecie wskazówki jak takie gniazdko zrobić ale jeśli macie jakieś wątpliwości ten filmik powinien je rozwiać ---> klik
Ten torcik będzie ozdobą świątecznego stołu i zachwyci smakiem Waszych gości. Skusicie się???
Przepis na torcik szpinakowy dołączam do akcji "Pokochaj olej rzepakowy na Wielkanoc"


Five o'clock po godzinach-Marzec



#1 Torcik szpinakowy #2 Osiedlowy tenor #3 Mewa #4 Morze Północne #5 Lody jagodowe #6 Equestrian #7 London eye #8 Wilk #9 Szarża #10 Piękny zachód słońca


piątek, 31 marca 2017

Amerykańskie inspiracje- obłędnie pyszne babeczki banana split





Każdy z nas na pewno zna choć jeden dowcip o blondynkach. Białogłowy z założenia są bardzo atrakcyjne i  z założenia nie grzeszą rozumem. Jak to się stało,że szatynka zawstydziła blondynkę??? Już opowiadam. Otóż moi drodzy, rok temu dostałam od mojej drugiej połowicy wspaniały sprzęt, a mianowicie food procesor (nazwę firmy pominę). Był to spontaniczny zakup, wielka niespodzianka dla mnie ale i również wielka radość. Różnego rodzaju przystawki, mieszadła i dzbanek do robienia koktajli. Ten ostatni grzecznie leżał w szafce, gdyż używałam nieco większego blendera kielichowego. Ten spisywał się cudnie, do momentu w którym zaraz po wyjęciu dzbanka ze zmywarki postanowiłam zrobić sobie kawę mrożoną. Wlałam zimne mleko do dzbanka, usłyszałam charakterystyczne trach!!! i nauczyłam się,że zimnego mleka nie nalewa się do rozgrzanego dzbanka.
Dobry humor jednak mnie nie opuszczał, przecież miałam jeszcze mój super dzbanek, który mogę podpiąć do food procesora. Szybko zamontowałam cudo i na sucho przekręciłam gałkę aby sprawdzić czy montaż się udał. Gałka zaczęła migotać na czerwono a ostrza pozostały nieruchome. Pierwsza próba, druga, trzecia, po trzeciej soczysta wiązanka na temat tego badziewia. Telefon do serwisu, a potem rozmowa z moim M. że koniecznie musimy odwieźć to badziewie do sklepu i niech naprawiają. Trochę czasu minęło, a ja nauczyłam się robić kawę mrożona ręcznym blenderem.
Aż tu kilka dni temu w moje ręce wpadła atrakcyjna gazetka z Lidla,a w niej blender kielichowy, identyczny jak mój poprzedni tylko w jeszcze ładniejszym kolorze. Pokazałam więc M. że to jest to czego potrzebuję. M. chyba w przypływie mocy zażądał dzbanka i zaczął oględziny. Pooglądał dzbanek, po czym zażyczył sobie pokrywkę. Po co mu ta pokrywka???? Założył pokrywkę na dzbanek, dzbanek zapiął do sprzętu, przekręcił gałkę i.... ostrza wydały zgrzyt i zaczęły pracę.
Okazało się,że w dzbanku jest czujnik, który wskazuje na to czy jest otwarty i dopóki nie jest przykryty to sprzęt jest zablokowany aby zapewne uniknąć rozchlapania miksowanej zawartości po ścianach kuchni. Prawda,że genialne??? Przez chwilę poczułam się jak rasowa blondynka, za to chwilę potem zaśmiewaliśmy się już z całej tej sytuacji. Oczywiście za "naprawę" podziękowałam :D
Wystarczy tych śmiechów, czas na konkrety. Dziś mam dla Was babeczki inspirowane amerykańskim deserem banana split. Na blogu jest już kilka propozycji inspirowanych tym deserem --> klik .
Babeczki nie wymagają pieczenia, smakują obłędnie, przyznaję się bez bicia,że wciągnęłam dwie.
Przepis dołączam rzutem na taśmę do akcji kulinarnej: "Kuchnia Ameryki Północnej".


wtorek, 28 marca 2017

Sułtański tort daktylowy z kremem sezamowym




Turcja, odległa kraina tysiąca i jednej nocy, egzotyczna i piękna. Kraina latających dywanów, baśni szeptanych pod osłoną nocy przez Szeherezadę, kraina pełna ciasnych uliczek, gwarnych targowisk, na których znajdziecie aromatyczne przyprawy, słodkie daktyle czy najlepszą chałwę. Tak ją sobie wyobrażam, choć nigdy jej nie odwiedziłam, to kulinarnie często się do niej przenoszę. Gdy w moje ręce trafił słoik pasty sezamowej z kakao od razu wiedziałam, że dodam ją do wypieku inspirowanego tym własnie krajem. Sezam i daktyle idealnie do siebie pasują, dzięki nim torcik smakuje orientem.
Kawałek sułtańskiego tortu i filiżanka mocnej, czarnej kawy przeniosą Wasze podniebienie wprost do Turcji. Do daktylowego biszkoptu dodałam olej rzepakowy, dzięki niemu ciasto pozostaje wilgotne.
Pasta sezamowa z kakao jest lekko gorzka, dodałam łyżkę cukru pudru do złamania tego smaku. Nie ma sensu więcej dosładzać masy, aby ciasto nie było zbyt słodkie.
To propozycja na odświętny wypiek, lub na zwykłą zachciankę. Ja muszę się przyznać,że torty wypiekam nie tylko od święta. Jeśli jesteście ciekawi smaku sułtańskiego tortu zapraszam po przepis.




środa, 15 marca 2017

Szpinakowe muffinki 'Wielkanocna łączka'




Już za tydzień zerwiemy kartkę z kalendarza z datą 21 Marca i przywitamy oficjalnie wiosnę. Co prawda tu i ówdzie widać już jej pierwsze oznaki ale natura jakby wstrzymała oddech i czekała na ten magiczny moment aby móc eksplodować zielenią. Słońce bawi się z nami w kotka i myszkę, raz się pokazuje, innym razem znika za chmurami. Pomimo tego w powietrzu czuć wiosnę, pierwsze bazie pokryły okoliczne gałązki, tu i ówdzie widać kiełkującą trawę, kosy wcześniej niż zazwyczaj wyśpiewują swoje trele pod naszym oknem. Osiedle zdobyło dzięki paniom sprzątaczkom nowy look, wszędzie jest czyściutko i schludnie, panowie ze służb porządkowych przycięli niesforne gałązki. Powoli przybywa dnia, a w powietrzu pojawiła się ta ciepła, świeża nutka. Serce się raduje, całe moje jestestwo krzyczy: wiosna,wiosna!!! W moim M3 również zrobiło się bardzo wiosennie. W salonie pojawiły się żółciutkie żonkile otulone soczyście zielonym chrobotkiem reniferowym (dla niewtajemniczonych chrobotek to mech ;) ). Na pianinie i półeczkach przysiadły zajączki wielkanocne, w kuchni pachną tulipany, jest cudnie.
Chciałabym Was trochę zarazić moim dobrym humorem i dziś podzielę się z Wami przepisem na cudnie zieloniutkie muffinki. Nazwałam je: Wielkanocna łączka, bo dzięki pstrokatym jajeczkom tak właśnie wyglądają. Mufiinki są przełożone orzeźwiającym domowym lemon curd. Szpinak oprócz pięknego koloru nadaje też muffinkom wilgotności, przez co smakują wspaniale. To must try sezonu wiosennego i idealna propozycja na wielkanocny wypiek. Skusicie się???