środa, 20 września 2017

Puszyste pancakes z syropem klonowym i pekanami



Mżawka, mgła, niebo zasnute chmurami. Postanowiłam dać nura... pod kołdrę.I przyznaję się bez bicia, że nie ruszam się stąd aż do wieczornego spaceru z Angeliną. 
Nie ma co narzekać, nie jest zimno a towarzystwo delikatnej mżawki stwarza idealne warunki dla grzybów. Jak co roku odczuwam "grzybową gorączkę" i pomimo wystarczającej ilości zapasów wciąż wracam do lasu na grzybobranie :)
Nic na to nie poradzę, uwielbiam las, uwielbiam spacerować z koszykiem po miękkich dywanach z mchu. Las w sezonie jesiennym tętni życiem, między drzewami błyskają kolorowe płaszczyki, a wiklinowe kosze grzybiarzy uginają się pod ich ciężarem. 
Pobudka w weekend o 5 nad ranem??? Nie ma mowy...no chyba, że na grzybobranie :D Las wczesnym rankiem jest magiczny, panuje w nim cisza, mgły unoszą się nad koronami drzew, a światło wschodzącego słońca kładzie piękne refleksy na leśnym poszyciu.
Nie jestem typem długodystansowca, wystarczy mi dwie godziny spaceru. Jest to optymalny czas na dotlenienie się, zebranie pięknych kapeluszy podgrzybków i borowików oraz wybieganie Angeliny.
Po takiej wędrówce wracam do domu w świetnym humorze i mam energię do dalszego działania.
A jak jest z Wami??? Odwiedzacie las??? Zbieracie grzyby???
Jesienne aura sprzyja przygotowywaniu comfort food. Dla mnie to potrawy, które wprawiają mnie w świetny nastrój, rozgrzewają ciało i duszę :)
Mam dziś dla Was pyszne, puszyste pankejki. Zaserwowałam je w prostym stylu polane syropem klonowym i obsypane siekanymi pekanami. Ok, przyznaję się,że dwa zjadłam z marshmallow fluff, obłędnym kremem z pianek Marshmallow. To przepis podstawowy, placuszki wychodzą mięciutkie i przepyszne. Możecie dodawać do nich dowolne dodatki, polecam na pyszne jesienne śniadanie.



niedziela, 17 września 2017

Jesienne smaki- Sernik dyniowo-kokosowy




Wrzesień nabrał rozpędu, rok szkolny zaczął się na dobre, a pogoda ukazała nieco kapryśne oblicze. Wyczekiwałam babiego lata,nieco mglistych poranków, wczesnych wieczorów z pięknymi zachodami słońca, umiarkowanych temperatur. W zamian za to dni pochmurne przeplatają się z dniami dusznymi i ciężkimi, a babiego lata jak nie było tak nie ma. 
W ubiegłym tygodniu poczuliśmy i u nas skutki Irmy szalejącej na Karaibach i Florydzie. U nas również dość mocno wiało,a niebo było ciężkie od chmur i deszczu. Mój osobisty barometr odpowiedział na te anomalie migrenami, które towarzyszyły mi z małymi przerwami przez 4 dni. Możecie sobie wyobrazić moje funkcjonowanie a raczej jego brak. Leki i łóżko stały się moimi kompanami i jeszcze Stefek który łaskawie postanowił mi towarzyszyć w przymusowym wylegiwaniu się w łóżku. Przykro było też czytać napływające wiadomości o katastrofalnych skutkach huraganów na Florydzie, o Teksasie który nawiedziła powódź. Człowiek ma inne podejście gdy miał szansę odwiedzić dane miejsce, serce się kraje gdy ogląda się tragedię tak wielu ludzi.
Pogoda sprzyja spędzaniu czasu w kuchni, co wykorzystuję aż w nadmiarze. Moja kuchnia zapachniała domową sałatką warzywną, w kuchni pachnie suszonymi grzybami. Ostatnio zapachniało też sernikiem. Słodki zapach dyni i kokosa unosił się w całym domu. Sernik powstał pod wpływem chwili, koleżanka blogerka zapowiedziała się z wizytą, musiałam więc wymyślić coś na szybkości. Jak to zazwyczaj w takich sytuacjach bywa przy minimum zaangażowania powstało pyszne ciasto. Na tyle pyszne, że na drugi dzień pozostała pusta patera i kilka okruszków :)
Przekonajcie się sami i przetestujcie ten przepis w Waszych kuchniach.


czwartek, 7 września 2017

Five o'clock w podróży- Welcome to Florida



8 Września 2016 o godzinie 21:00 nasz samolot wylądował w Orlando na Florydzie. Po uśmiechu celnika, rutynowym "Welcome to United States" i pieczątce wiedzieliśmy, że jesteśmy w tej grze :)
Wyszliśmy z hali przylotów i udaliśmy się po samochód, który czekał już na nas w wypożyczalni. Od razu zwróciłam uwagę na bujną roślinność i parne, rozgrzane powietrze.
Zapakowaliśmy się w naszego vana z liczbie sztuk 12 i ruszyliśmy do Fort Lauderdale. Nie była to łatwa podróż, wszyscy byliśmy zmęczeni długim lotem, a do tego byliśmy ściśnięci jak śledzie w beczce bo podróżowaliśmy z naszymi bagażami. No ale czego się nie robi dla przeżycia przygody...
Trzy godziny później dotarliśmy na miejsce. Nie obyło się jednak bez przygód, bo nasza nawigacja nijak nie chciała nas doprowadzić do celu. Kluczyliśmy ulicami ,zawracaliśmy ale nijak nie mogliśmy trafić na 2325 Mariner Drive. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej aby zapytać o wskazówki i tu otrzymaliśmy pomoc. Bardzo sympatyczny police officer zaofiarował się, że nas podwiezie na miejsce, bo to całkiem blisko i żaden kłopot. Wsiedliśmy więc i za rozświetlonym kogutami radiowozem dojechaliśmy pod nasz domek. Tam czekali już na nas znajomi z NY bądź co bądź lekko zaskoczeni policyjną eskortą ;)


(nasza miejscówka 2325 Mariner Drive )


I tu właśnie zaczyna się nasza amerykańska przygoda. Domek marzenie, z basenem, klimatyzacją (wiadome) stołem bilardowym idealny na weekendowy wypoczynek. Powitalne party nieco się przedłużyło do wczesnych godzin porannych, a dla niektórych trwało w zasadzie nieprzerwanie 3 dni :)
Już pierwszego wieczoru dowiedziałam się co to jest "ucho" , zobaczyłam cyrkowe wyczyny nad basenem, a także wschód słońca przy szumie palm. 
Po skandalicznie krótkim śnie przyszedł czas na rekonesans, oczywiście dla chętnych. Zrobiliśmy mały shopping,bo w planach był bbq, zajrzeliśmy do Chipotle na burrito i pokręciliśmy się trochę po dzielni. Co wytrwalsi zaliczyli bladym świtem wizytę na plaży, mnie niestety nie udało się dobudzić ;)
Fort Lauderdale nazywany jest Wenecją Ameryki i nie bez kozery, bo miasto jest poprzecinane kanałami o łącznej długości ponad 300 mil. Miasto pełne jest portów, marin oraz wodnych taksówek. W piątkowe popołudnie udaliśmy się na jedną z takich wycieczek. Water taxi zabrało nas na wycieczkę po New River. Z naszej łódki mogliśmy podziwiać wspaniałe rezydencje ciągnące się po obu brzegach rzeki i wierzcie mi było na co popatrzeć. Piękne domy, bujne palmy, prywatne przystanie dla jachtów , ciężko było oderwać oczy od tych widoków. Mieliśmy możliwość wysłuchania różnych historii związanych związanych z miastem, wodnymi taksówkami oraz milionerami zamieszkującymi Fort Lauderdale, którymi raczył nas jeden ze sterników.
Po powrocie z water taxi czekały nas steki i ciąg dalszy Floryda party.


(Water taxi)


W sobotę we wczesnych godzinach przedpołudniowych wyruszyliśmy do Miami. Zaopatrzyliśmy się w ręczniki, krem z filtrem oraz napoje chłodzące na drogę ;)
Miami powitało nas słońcem i skwarem. Nie czyniliśmy mocnych planów na zwiedzanie. Pierwszy weekend w Stanach postanowiliśmy przeznaczyć na relaks. Nasze kroki skierowaliśmy na Lincoln Road, która doprowadziła nas na Miami South Beach. Ocean, plaża, mewy, budki ratowników to wszystko sprawiło, że zaparło mi dech w piersiach. Tu było po prostu pięknie, wymarzone miejsce na plażing. Pomimo, że to był Wrzesień upał nie pozwalał za długo leżeć na ręczniku. Postanowiłam, że schłodzę się w oceanie. Jakie było moje zdziwienie gdy woda okazała się być ciepła jak w kąpieli i tak przeraźliwie słona, że od razu poczułam wszystkie otarcia na stopie, których nabawiłam się przez chropowate dno basenu. Pomimo temperatury i zasolenia z przyjemnością oddałam się kąpieli. Fale kołysały cudnie, nad moją głową unosiły się albatrosy, nieco dalej słychać było krzyki mew. To było cudowne popołudnie. Miami South Beach jest idealnie przygotowane na turystów, plażowe bary serwują cudnie chłodzące drinki, można skorzystać z darmowych pryszniców i spłukać z siebie oceaniczną sól, można wylegiwać się w hamakach w cieniu palm lub rozsiąść się po wiatrakami, które rozpylają chłodzącą wodną mgiełkę.
Po intensywnym plażingu udaliśmy się na spacer wzdłuż plaży i skierowaliśmy się na tętniącą życiem Ocean's Drive. Ocean's Drive to jedna z najpopularniejszych ulic Miami. Pełna jest świetnych restauracji i knajpek, sklepów z pamiątkami i przede wszystkim pełna ludzi. Zobaczycie tu Miami Style, Latynoski o bujnych kształtach ubrane kuse spodenki z barwnymi tipsami i sztucznymi rzęsami. Zobaczycie tu Czarnoskórych chłopców obwieszonych złotymi łańcuchami, wożących się odjechanymi furami oraz ich towarzyszki skąpo odziane i również obwieszone biżuterią. Tu zobaczycie złote Chevrolety, czerwone Porsche, Mustangi cabrio. Na Ocean's drive spróbujecie owoców morza, wypijcie drinka w rozmiarze XXL. Tu króluje przepych i bogactwo, ulica tętni życiem od świtu do zmierzchu.
Tu zatrzymaliśmy się w knajpce serwującej pyszne makarony i każdy mógł poznać przysmaki miejscowej kuchni.
Na koniec wizyty w Miami czekała mnie niespodzianka, w drogę powrotną pojechałam jako pasażerka Mustanga Cabrio i po drodze miałam szansę poznać wszystkie aspekty podróżowania kabrioletem, od rozwianych włosów po ulewę, która pojawiła się znikąd i zdążyła nas porządnie zmoczyć zanim dach naszego rumaka się złożył :D :D :D Oczywiście przeżycie zaliczam do bardzo udanych.


(Miami South Beach)







(Ocean's Drive)


W sobotni wieczór zwolniliśmy nieco tempo, no może nie wszyscy z nas, ja uskuteczniłam zimne drinki pod palmą nad basenem i chillout.
W niedzielę wybraliśmy się na lokalną plażę, dużo cichszą niż gwarna South Beach. Rozłożyliśmy się w cieniu palmy, ja od razu dałam nura do oceanu. Tu ocean nie był tak nagrzany jak w Miami ale woda wciąż była ciepła. Spędziliśmy tu cudne przedpołudnie,a po powrocie czekało nas pakowanie.
Po uściskach i pożegnaniach z nowojorskimi przyjaciółmi ruszyliśmy w trasę na spotkanie z Ameryką :).
Floryda oczarowała mnie swoim klimatem. Palmy, piaszczyste plaże, ciepły ocean, tętniące życiem ulice, zrelaksowani ludzie. To miejsce, które odwiedziłabym bez zastanowienia kolejny raz.




wtorek, 5 września 2017

Jesienne zachciewajki- Brownie z przesłodkim dyniowym kremem




Dzisiejszej nocy mój zazwyczaj mocny sen został przerwany stukaniem w parapet... i nie był to moi drodzy żaden ptak ani inny stwór ale deszcz. Rzadko zdarza mi się budzić w środku nocy ale jednostajne deszczowe crescendo wyrwało mnie z objęć Morfeusza. Nie myślcie jednak, że wysłuchiwałam tego przymusowego koncertu. Owinęłam się szczelniej kołdrą, ostentacyjnie wykręciłam się plecami do okna, tym samym wtulając się w plecy M., i powróciłam do krainy snu. Momentami deszczowe crescendo próbowało się wedrzeć do mojej prywatnej krainy snu ale ostentacyjnie nie zwracałam na nie uwagi.
Wrzesień postanowił wkroczyć w karty kalendarza z przytupem i od niedzieli hojnie raczy nas deszczem. Mieliśmy już mżawkę, kapuśniaczek a także rzęsistą ulewę. Dni nagle stały się ciężkie i senne. Od razu poczułam chęć na ciasto konkret. Wiadome, że w takich sytuacjach czekolada spisuje się na medal, a już brownie to po prostu poezja. Z kuchennego parapetu mrugała do mnie okiem pomarańczowa hokkaido,nie mogłam jej ominąć. 
Z dyni przygotowałam krem-cudo, ugotowałam ją do miękkości w słodzonym mleku skondensowanym z dodatkiem wanilii i zmiksowalam na mus. W połączeniu z lekko ciągnącym się brownie stworzyły idealny deser na jesienne zachciewajki. 
Jeśli i Wy odczuwacie silną potrzebę zjedzenia czegoś cudownie smacznego bez zastanowienia polecam Wam ten przepis. Gwarantuję, ten smak Was uwiedzie.
A tymczasem zmykam pod kołderkę bo jutro ciąg dalszy jesiennych zachciewajek... a mianowicie czeka mnie grzybobranie :) Sezon grzybowy zaczęłam już jakiś czas temu ale przy sprzyjającej deszczowej aurze koniecznie trzeba dać nura w leśny gąszcz i poszukać borowików :)


niedziela, 3 września 2017

Five o'clock po godzinach- Sierpień



W tym miesiącu podsyłam Wam próbkę tego czym zajmowałam się w ostatnim miesiącu. Bardzo lubię zdjęcia utrzymane w klimacie dark mood i jakiś czas temu zaczęłam fotografować w tym stylu. Póki co to pierwsze próby ale mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu. Życze przyjemnego oglądania :)

czwartek, 31 sierpnia 2017

Hello jesień- Pierniczkowy pudding z karmelizowaną pomarańczą




Koniec sierpnia, schyłek lata, jutro przywitamy wrzesień. Codziennie ubywa dnia, wieczorem coraz szybciej się ściemnia. Poranki wstają niespiesznie w towarzystwie mgieł i rosy. Szczerze mówiąc ostatnie noce były takie zimne że przeprosiłam się z ciepłą flanelową piżamą.
Dziś wczesnym rankiem zapakowałam do auta Angelinę oraz wiklinowy koszyk i pojechałyśmy do lasu. Spacer dobrze nam zrobił, ja dotleniłam się, Angelina wyhasała. Nazbierałam bukiet wrzosu, zaprosiłam do koszyka kilka borowików i stadko kurek. Do domu wróciłam lekko zmarznięta ale za to wściekle głodna. Potrzebowałam czegoś pysznego, czegoś rozgrzewającego, czegoś co dałoby mi komfort. Gdy mój wzrok omiótł półkę i napotkał paczuszkę piernikowych serc wpadłam na pomysł, że zrobię pudding. Szybko przygotowałam składniki, szast prast i pudding zapiekał się w piekarniku. W międzyczasie karmelizowałam pomarańcze po cichu licząc że pudding lada chwila będzie gotowy. Musicie wiedzieć,że kiszki grały mi marsza a woń wydobywająca się z piekarnika wcale mi nie pomagała. Pudding wyszedł boski, jesienny ideał na rozgrzanie ducha i ciała. To będzie pozycja do której często będę wracać.
Pomysł na pudding to mój #przepisnakopernika, jeszcze tylko do północy możecie zgłaszać swoje propozycje na stronie Fabryki Cukierniczej Kopernik więc nie zwlekajcie; to już ostatnie chwile :)
Ja tymczasem zapraszam po przepis, koniecznie zróbcie ten pudding na śniadanie... lub późny podwieczorek... a nawet na kolację ;)


środa, 30 sierpnia 2017

Obłędny torcik z czekoladowym kremem jaglanym, pierniczkami i karmelizowaną gruszką




Toruń zajmuje ważne miejsce na kulinarnej mapie Polski. Tak jak Kopernik wstrząsnął fundamentami astronomii tak toruńskie pierniki wstrząsnęły podniebieniami Polaków. Wszyscy wiemy, że to stamtąd wywodzą się pachnące korzennymi przyprawami i miodem piernikowe serca. Piernikowe wyroby na sklepowych półkach rozsławiła Fabryka Cukiernicza Kopernik. Nieprzerwanie od 1751 roku rozpieszcza nas swoimi pierniczkami ciągle poszerzając ofertę. Moimi faworytami są lukrowane serca, które towarzyszą mi odkąd byłam małym dzieckiem. Przynosiła mi je ciocia gdy zaglądała na kawę i ploteczki do babci. W tamtych czasach to był prezent na wagę złota, bo w sklepach ciężko było je dostać. Do dziś mam do nich wielki sentyment, zawsze mam schowaną napełnioną nimi paczuszkę, ot tak na czarną godzinę. Co roku też uzupełniam braki choinkowego arsenału. W bliżej niewyjaśnionych okolicznościach pierniczki znikają z choinki. Raz jeden udało mi się przyłapać Rudziszonka na gorącym uczynku :D i przyznam się bez bicia przymknęłam oko na ten proceder.
Tak więc gdy zobaczyłam konkurs z okazji zbliżającego się Święta Piernika wiedziałam, że muszę skromnie zaznaczyć swoją obecność. Konkurs trwa do 31.08 więc to ostatni dzwonek żeby zgłosić swój #przepisnakopernika, po szczegóły zaglądajcie na stronę Fabryki Cukierniczej Kopernik.
Do konkursu zgłaszam swój autorski przepis na torcik czekoladowy z pysznym jaglanym kremem pełnym pierniczków i karmelizowanych gruszek. Postawiłam na nieco zdrowszą wersję deseru, biszkopt przygotowałam bez dodatku mąki, a do kremu jaglanego nie dodałam cukru. Torcik udekorowałam gruszkowymi chipsami, koniecznie zróbcie je w domu bo są obłędnym dodatkiem.
Zapraszam do mojej kuchni, w której pachnie dziś pierniczkami :)



wtorek, 29 sierpnia 2017

Rurki z jeżynami i kremem z nutelli



Dziś słów kilka o rozterkach słodkiej blogerki. Do przemyśleń natchnęła mnie dzisiejsza sesja popełniona przeze mnie, której to efekty poznacie już jutro. Otóż każdy kto choć trochę umoczył ręce w blogowaniu wie jakie potyczki czasem trzeba przejść aby zaprezentować wypiek czytelnikom w atrakcyjny sposób. Najpierw jest pomysł na wypiek/deser/ etc., lecz zanim pomysł zostanie przekuty w rzeczywistość trzeba obmyśleć jak efekt pracy sfotografować. Pomysł na sesję to jedno, natomiast sesja in progress to drugie. Bo niby wszystko przemyślane, elementy ustawione ale jak już przychodzi moment focenia to kompozycja na zdjęciu wcale nie prezentuje się jak trzeba. Ile to czasem trzeba przestawiać, przekręcać talerzyki a to znów dodać coś, innym razem zabrać z planu zdjęciowego. Czasem to milimetry decydują o perfekcyjnym dla naszego oka ułożeniu elementów na zdjęciu. Dziś do szewskiej pasji doprowadziły mnie gruszki, które nijak nie chciały współpracować ani poddać się zabiegom stylizacji. Niewiele brakowało aby karmelizowane gruszki fruwały z mojego okna. Gdy już byłam pewna, że nic dobrego z sesji nie wyjdzie gruszki łaskawie dały się ułożyć. Hurra! Sesja została uratowana.
Zanim podzielę się z Wami efektem pierniczenia z gruszkami mam dla Was przepis na rurki. Muszę tu nadmienić, że jeśli chodzi o rurki jestem tradycjonalistką. Postanowiłam jednak odważyć się i nadziałam je kremem czekoladowym i jeżynami. Pomysł ten chodził mi po głowie od jakiegoś czasu. Rurki z tym nadzieniem smakowały obłędnie, jak się pewnie domyślacie połączenie jeżyn i czekolady musiało wyjść pysznie. Zresztą przekonajcie się sami.


piątek, 11 sierpnia 2017

Deser w kwadrans- Malinowe mini serniczki na zimno



Hen za górami, hen za lasami, w pięknym królestwie żyła mała księżniczka. Księżniczkę znali i uwielbiali wszyscy w królestwie, bo była to niezwykła panienka. Jej melodyjny głosik słychać było dookoła zamku, jej śmiech niósł się hen z wiatrem, a gdy zaczynała tańczyć wszystkie kwiaty, zwierzątka i oczy wszystkich były zwrócone ku niej. Rodzice również uwielbiali swój skarb i gotowi byli przychylić nieba swojej małej księżniczce. Beztrosko płynęły jej dni lecz pewnego dnia ciemne chmury zasnuły błękitne niebo a wraz z nimi nadciągnął Żelazny Smok i ściągnął nieszczęście na królewską parę. Trującymi oparami zatruł księżniczkę i ściągnął na nią mroczny sen. Wielka była rozpacz królewskiej pary, wielki był smutek, który okrył mieszkańców pięknego królestwa. Na nic się zdały próby wybudzenia księżniczki. Leżała w pięknej komnacie lecz jej powieka nawet nie drgnęła, mroczny sen wziął ją w swe objęcia i nie chciał wypuścić. Lecz oto u bram zamku pojawił się Czarodziej na białym koniu i czym prędzej spieszył na spotkanie z królewską parą. Do jego uszu doszły szepty niesione wiatrem o wielkim smutku, który spotkał mieszkańców królestwa. Pozwolono mu odwiedzić księżniczkę w jej komnacie. Czarodziej pochylił się nad nią, nasłuchiwał mocno, po czym się zasmucił. Urok rzucony przez Żelaznego Smoka był wielki ale Czarodziej obiecał użyć wszystkich swoich mocy aby przywrócić księżniczkę do życia. Wieść o walce Czarodzieja rozniosła się na wszystkie strony światła. Do królestwa przybyły Elfy oraz Dobre Wróżki, wszyscy chcieli aby księżniczka wybudziła się ze snu...
Czy ta baśń miała dobre zakończenie??? Jeszcze nie wiem, wciąż czekam co przyniesie czas. Ścieżki życia czasem wiodą w niezbadane strony, tak się złożyło że w naszej rodzinie taka mała księżniczka walczy o życie i zdrowie. Mocno trzymamy wszyscy kciuki za jej zdrowie i wierzymy, że czarodzieje i wróżki którzy opiekują się nią teraz dokonają cudu.Bo cud na pewno się zdarzy...
Mam dziś dla Was kochani deser godzien królestwa: cudne mini serniczki na zimno z sosem malinowymi. Deser prosty, elegancki i przepyszny. Deser idealny na upały, gdy nie chcesz włączać piekarnika. Deser idealny dla niezapowiedzianych gości, bo na przygotowanie poświęcisz nie więcej niż kwadrans. Zapraszam :)


sobota, 5 sierpnia 2017

W tajemniczym ogrodzie- Torcik morelowo- szpinakowy



Jestem dzieckiem natury. Kocham ocean, kocham las. Wychowałam się na wsi więc również są mi bliskie łąki, sady i ogrody. Jako dziecko wiecznie włóczyłam się po łąkach z psem, wiecznie wdrapywałam się na jabłonki i razem z babcią pielęgnowałam ogródek. Dzieciństwo zakorzeniło we mnie miłość i szacunek do matki natury. Do dziś uwielbiam włóczyć się po lasach, jeździć w tereny do sadów, obserwować dzikie kwiaty rosnące na łąkach. 
Odkąd zajmuję się blogowaniem lubię też fotografować w plenerze. Od jakiegoś czasu marzyła mi się sesja w sadzie przy delikatnym świetle. Długo gdybałam co tu przygotować, jak zaaranżować. W końcu dojrzałam, przygotowałam autorski torcik. Pragnęłam aby miał soczyste, letnie kolory i do tego smakował obłędnie. Efekt smakowy godny powtórzenia :) bez przechwałek.
Gdy torcik był gotowy spakowałam torbę z akcesoriami, sprzęt i skierowałam swe kroki do upatrzonego wcześniej sadu. Gdy weszłam między jabłonki poczułam się Mary Lennox gdy po raz pierwszy weszła do Tajemniczego ogrodu. Gałązki jabłoni wraz z popołudniowym słońcem stworzyły prawdziwy świetlny spektakl. Poddałam się nastrojowi i zaczęłam pstrykać. W sadzie było tak cudnie, że po skończonej sesji rozsiadłam się i chłonęłam klimat. Nie byłabym sobą gdybym nie skubnęła ciasta, wszak musiałam sprawdzić, czy aby nie mdłe :)
Zapraszam Was dziś na torcik pachnący latem i morelami, czytajcie, inspirujcie się i przetestujcie przepis w Waszych kuchniach.


czwartek, 3 sierpnia 2017

Tiramisu z czerwoną porzeczką



Środa,dzień targowy ściąga na miejskie targowisko dzikie tłumy. Jeśli pogoda dopisze już od wczesnych godzin porannych sprzedawcy zachwalają swoje towary i zachęcają do kupna. Wraz z przesuwającymi się wskazówkami zegara gęstość zaludnienia na targu wzrasta w zastraszającym tempie. Nigdy nie przepadałam za rynkowym ściskiem dlatego jeśli planuję tam zajrzeć robię to super wcześnie i z przygotowaną uprzednio listą. Przy mojej ostatniej wyprawie wzrok mój przykuły kapelusze, i to nie damskie moi mili. Na stołeczku przycupnęła korpulentna pani oferując jagody oraz grzyby. Grzyby!!! Tak mnie zaaferował ten widok, że kilka dni później zapakowałam w auto koszyk oraz Angelinę i ruszyłam do lasu. Wyprawa miała mieć charakter zwiadowczy, koszyk był atrybutem na zaś, no bo jeśli grzybki się pojawiają to trzeba je zbierać ;). Zajrzałam w moje miejscówki, stwierdziłam,że jeśli tam nie ma grzybów to nie ma co szukać gdzie indziej. Las był cichy, jedynym dźwiękiem ludzkiej obecności był dźwięk piły motorowej, bo gdzieś w głębi lasu trwał wyrąb. 
Uzbrojona w koszyk, nożyk oraz psa zagłębiłam się leśną gęstwinę. Ach! Jak ja się stęskniłam za lasem. Spacerowałam, rozglądałam się, a pierwsze co dostrzegłam to jagody. Początkowo nie miałam w zamiarze ich zbierać ale gdy żaden grzyb nie przeciął mojej drogi zmieniłam zdanie. Po raz pierwszy zobaczyłam jak żmudne jest to zajęcie. Szczęśliwie schylając się po jagódki zobaczyłam też kilka zgrabnych podgrzybków, a w kilku miejscach trafiłam na całą rodzinę. Trzy godziny później, miałam koszyk zapełniony grzybami, prawie kilogramem jagód oraz bukietem młodego wrzosu. Doprawdy, bardzo udany poranek. 
Grzyby grzybami ale deser musi być. Mam więc dziś dla Was tiramisu, nieco odbiegające od oryginału bo z dodatkiem białej czekolady i czerwonej porzeczki. Deser smakuje obłędnie, delikatny krem świetnie komponuje się z kwaskowymi owocami. Na samo wspomnienie cieknie mi ślinka :).



środa, 2 sierpnia 2017

Five o'clock po godzinach- Lipiec



#1 Malinowe serniczki #2 Pan Kot #3 Margerytki #4 Porzeczkowe tiramisu #5 Rurki z jeżynami #6 Sernik tahini z czerwoną porzeczką #7 W sielskim sadzie #8 Smoothie time #9 Wnerw #10 Pachruść w Polańczyku