piątek, 24 lutego 2017

Czekoladowe pudełka z miętowym kremem wafelkowym





Wiatr wściekle wyje od samego rana, przyszedł prawdziwy wiatrodzień. Jego mocne porywy wysuszyły osiedlowe kałuże i narobiły bałaganu na moim balkonie. Chmury przemierzają dziś maraton,ich popielate barwy wymieszały się z błękitem nieba tu i ówdzie wyłaniającym się z tych szarości. Jest ciepło ale spacer bez czapki nie wchodzi dzisiaj w grę. Pogoda bardziej dziś nastraja do spędzania czasu w zacisznym domu. Zaszyłam się więc w kuchni i zajęłam tym co lubię najbardziej. Nie miałam ochoty na pieczenie tradycyjnego ciasta, po głowie krążyło mi coś mniejszego i coś extra. Mój wzrok padł na pudełko ze słodką przesyłką od @lusette . Ha! Zrobię czekoladowe pudełka. Szybko zakasałam rękawy, upiekłam kakaowy biszkopt, stopiłam czekoladę, przygotowałam miętowy mus. Przy krojeniu wafelków nie wytrzymałam i zjadłam jeden nugatowy i jeden czekoladowy. Niebo w gębie!!! Wafelek lekki jak piórko, chrupiący, rozpływający się w ustach i nie za słodki, idealny, bo oblany czekoladą tylko na wierzchu. Ciężko było mi powstrzymać się przed zjedzeniem trzeciego ale wytrzymałam. Pocieszałam się myślą,że przecież będa jeszcze pudełka :) No właśnie, pudełka. Czy robiliście kiedyś taki deser???
Ja natknęłam się w jednej z otrzymanych w prezencie książek na przepis na takie pudełka. Długo ze sobą walczyłam, bo wydawały mi się zbyt trudne do zrobienia. A gdy się odważyłam, zrozumiałam,że to żadna filozofia, a za to deser wygląda jak milion dolarów.
Biszkopt zrobiłam bez dodatku mąki, słodycz musu z białej czekolady przełamałam nutką mięty, dodatek chrupiących wafelków to był strzał w dziesiątkę. Ciężko było zatrzymać mi się na jednym pudełku. Gorąco Was zachęcam do wypróbowania tego przepisu w Waszych domach.
Przepis dołączam do akcji: "Odkryj słodką przyjemność z Lusette"



środa, 22 lutego 2017

Kawowe zabaglione z wafelkami






Wczorajszy deszcz zmył z chodników resztki zimy, słupek rtęci pokazał +10, przyszło przedwiośnie. Słońce troszkę odważniej wychyla się zza chmur, powietrze stało się przyjemniejsze, codziennie po trosze przybywa dnia. Powoli wprowadzam do swoich planów aktywności fizyczne. Zaczęłam skromnie, od przebieżek z psem. Tak niewiele, a od razu poczułam przypływ radosnych endorfin. Czekam jeszcze na konne przejażdżki, teren w stajni odtajał już po zimie, za to Rzeczyca Mokra z całych sił pracuje aby zasługiwać na miano mokrej. Moje ostatnie odwiedziny w stadninie wprawiły mnie w osłupienie. Droga dojazdowa zamieniła się w rwący strumień, którym ze wzgórza spływają pozostałości po zimie. Wiadomo przedwiośnie bywa kapryśne, dziś pomimo ciepła jest dość ciemno i pochmurno, do tego co chwilę pada drobniutki deszczyk. W takie dni jak ten zazwyczaj męczy mnie ból głowy, niestety należę do barometrów pogodowych i każdy spadek ciśnienia odbija się na moim samopoczuciu. Dlatego dziś postanowiłam podnieść sobie ciśnienie oraz lekko się dosłodzić. Kawowe zabaglione z chrupiącymi wafelkami o smaku capuccino przeniosło mnie na chwilę do słonecznej Italii. Przez chwilę poczułam się, jakbym siedziała we włoskiej kafejce przy filiżance pysznego espresso i porcji kawowego zabaglione.
Pomimo krótkiej listy składników zabaglione jest bardzo eleganckim deserem. Śmiało możecie nim poczęstować teściową lub niespodziewanych gości.
Deser jest pyszny, łatwy oraz szybki w przygotowaniu,jak widzicie ma same zalety; koniecznie przygotujcie w domu. Przepis dołączam do akcji "Odkryj słodką przyjemność z wafelkami Lusette"



sobota, 18 lutego 2017

Proste ciasto ze śliwkami i orzechami laskowymi




Sobotni poranek wstał z mglistych szarości, przy akompaniamencie wilgotnej mżawki i przytłumionego światła. Mgła spowiła dachu budynków rozmywając kształty, między blokami przemknęła niezbyt wyraźna sylwetka osiedlowej sprzątaczki.Dostawca pieczywa pręży się przy skrzynkach z pachnącym świeżutkim chlebem i rumianymi bułeczkami. Tu i ówdzie błyśnie samochodowy reflektor, z oddali słychać dźwięk klaksonu, miasto leniwie przeciąga się i budzi ze snu.
Pachruść nabywa wciąż nowe umiejętności, od kilku dni przychodzi wczesnym rankiem do sypialni, liże moje stopy i dłonie dając jasno do zrozumienia,że oczekuje na spacer i śniadanie. Moje dnie zaczynają się dzięki temu dość wcześnie. Plusem tego jest możliwość obserwowania budzącego się osiedla,minusem... oczywiście chroniczne niewyspanie.
Wczorajsze słoneczne przedpołudnie płynnie przeszło w dość pochmurne popołudnie oraz deszczowy wieczór. Deszcz mżył całą noc tworząc na chodnikach strumyki, które zmywały z nich zimowy brud.
Ja dziś również jestem lekko zamglona i ospała. Po szybkich zakupach i ogarnięciu czterech kątów zaszyłam się w sypialni pod ciepłą flanelową kołdrą. Towarzyszy mi Stefek, który tak mocno śpi,że nie ma pojęcia o bożym świecie.
Rosół pyrka sobie na kuchence, zaraz ukręcę szybkie ciasto i tak w przyjemnym lenistwie upłynie mi ten sobotni dzień. Poczekam tu sobie na słońce i łaskawszą pogodę.
W powietrzu czuć już zmiany, działa to na mnie energizująco, mam już za sobą pierwszą w tym roku przebieżkę, wróciłam na zajęcia do szkoły językowej. Lubię, gdy coś zaczyna się dziać.
Dziś mam dla Was ciasto, najprostsze na świcie ucierane ciasto z orzechami laskowymi i śliwkami. Koniecznie wypróbujcie przepis, najlepiej dziś do popołudniowej kawy albo jutro do herbaty :)


czwartek, 16 lutego 2017

Five o'clock w podróży- Las Vegas, Nevada



Las Vegas to najbardziej zaludnione miasto w stanie Nevada, położone na pustyni Mojave. Każdego roku Vegas odwiedza 38,9 miliona ludzi aby w 176 kasynach zostawić bagatela 6 miliardów dolarów. Słynne Las Vegas Boulevard jest najjaśniejszym miejscem na ziemi i widać je z kosmosu :)
Las Vegas posiada jeden z najwyższych współczynników samobójstw i rozwodów w USA. Pierwszym kasynem w Las Vegas był otwarty w 1931 roku Northern Club (obecnie La Bayou). Złote okna w Hotelu Mirage faktycznie zawierają mieszankę złotego pyłu i szkła, w kasynach nie ma zegarów,a ślub w tym mieście wzięły takie sławy jak Angelina Jolie, Don Johnson czy Mike Tyson.
Jedni mówią o tym mieście z podziwem, inni z ironią, jednych zachwyca, innych rozczarowuje. A jakie jest naprawdę Las Vegas???Cóż,moja opinia na pewno nie będzie obiektywna ale podzielę się nią z Wami :)
Przez 18 dni zjechaliśmy wszerz Stany Zjednoczone, pokonaliśmy 10 tysięcy kilometrów i w trakcie całej podróży nie zobaczyłam drugiego takiego miejsca jak Las Vegas. Pomimo zgiełku, miliona neonów, tłumu przelewającego się po ulicach Vegas to miasto mnie oczarowało i wciągnęło w swoje wnętrzności. Las Vegas to miasto, w którym każdy może znaleźć coś dla siebie: masz ochotę popływać gondolą, wziąć udział w pool party, rozbijać się żółtym Lamborghini ulicami Vegas, wziąć udział w magicznym show??? Żaden problem. Vegas ma do zaoferowania dużo, dużo więcej.
Las Vegas to amerykańska maszynka do zarabiania pieniędzy.Rozświetlone, gwarne kasyna, hotele, restauracje, kluby, statystyczny turysta może tu wybierać i przebierać.A jak wyglądała moja przygoda z Vegas???
Wczesnymi godzinami porannymi, w czwartek, 15 dnia naszego tripu po Stanach, nasz Chevrolet pędził wstążką autostrady w kierunku Vegas. Krajobraz był dość monotonny, nasze oczy rejestrowały głównie ogromne połacie piachu i czerwone masy górskie. Tu i ówdzie spłowiała zieleń wdzierała się w ten żółto-czerwony krajobraz. Porywisty wiatr wzbijał raz po raz tumany piachu i wściekle rzucał je w szyby samochodów. Do Vegas dotarliśmy w samo południe, dodam upalne południe ale nie miało to aż takiego znaczenia, bo pustynny wiatr przyjemnie łagodził upał.
Las Vegas było jedynym punktem na mapie naszej wycieczki,w którym nie zarezerwowaliśmy noclegów. Mieliśmy na miejscu wyhaczyć jakąś super okazję. I tu czekało nas małe zaskoczenie. Akurat w ten weekend w Vegas trwał festiwal muzyczny, a co za tym idzie miasto było okupowane przez turystów. Jak sami się pewnie domyślacie z noclegami również był problem, bo jak już jakieś namierzyliśmy to ceny były kosmiczne. Po kilku godzinach zwiedzania zaplecza hotelowego Vegas udało nam się znaleźć nocleg, który nie wiązał się z zamachem na nasze mocno już uszczuplone wyjazdem kieszenie. Naszą bazą wypadową stał się Hooters, co w przekładzie na język polski znaczy Cycolinka :). Po rozpakowaniu bagaży ruszyliśmy w miasto.
Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy na 713 Las Vegas Boulevard gdzie mieści się słynny Gold & Silver Pawn Shop. Czy znacie słynny amerykański program "Gwiazdy Lombardu"??? To własnie tu, ma on swoją siedzibę. My należymy do fanów tego programu i możliwość zobaczenia tego miejsca sprawiła nam wielką frajdę. Lombard okupowany był przez turystów, co nie wpłynęło na jakość odbioru tego miejsca. Oprócz wszelkiej maści towarów można też było zakupić zakupić pamiątki z podobiznami Ricka, Richarda czy Chumlee.


 Po wizycie w Lombardzie przyszedł czas na przegrupowanie i przygotowanie się na wieczór. Tego wieczoru mieliśmy zarezerwowane bilety na widowisko Cirque du Soleil w Hotelu Treasure Island. Dotarcie na miejsce i odnalezienie się w labiryntach korytarzy kasyna wymagało od nas sporej gimnastyki ale szczęśliwie udało się nam zdążyć. Spektakl był piękny, pełen magii, niesamowitych efektów specjalnych, muzyki na żywo, a także popisów cyrkowych.
Po spektaklu ruszyliśmy w miasto :) na mały rekonesans. Zwiedziliśmy kasyno i hotel Treasure Island i płynnie przeszliśmy do Venezi, który jak sama nazwa wskazuje został urządzony we włoskim stylu. Hotel poprzecinany jest kanałami, jeśli nabierze Was ochota na przejażdżkę gondolą, możecie tu spełnić swoją zachciankę. Hall hotelu jest zdobiony pięknymi łukami, a każdy z nich to małe dzieło sztuki. Gdy przebrnęliśmy przez kasyno naszym oczom ukazały się uliczki rodem z Wenecji pełne kafejek, restauracji i butików. Pomimo późnych godzin wieczornych w Venezii był wciąż dzień, a to za sprawą sztucznego nieba :)




Tego wieczoru zwiedziliśmy jeszcze Luxor, hotel zbudowany w formie piramidy który przeniósł nas wprost do Egiptu, słynny Ceasars Palace w którym kręcono Kac Vegas oraz  Bellagio. Podziwialiśmy sezonową wystawę w hallu, która aktualnie była zrobiona w klimacie jesiennym. Zobaczyliśmy słynne Gadające Drzewo, oraz zobaczyliśmy pokaz tańczących fontann, który można było zobaczyć przed hotelem. W rytm muzyki poważnej fontanny wirowały oraz wibrowały kolorem fundując nam niezapomniany spektakl.




Znaleźliśmy też czas na zakup pamiątek i widokówek, przejście wzdłuż Las Vegas Boulevard,a także na grę w kasynie. Daliśmy się wciągnąć w wir miasta i pomimo upływającego czasu wciąż mieliśmy chęć odkrywać jego uroki :)







Zwykle nie wtrącam zbyt wiele prywaty w swoich postach ale tym razem zrobię wyjątek. W Piątek oprócz wycieczki na Tamę Hoovera czekała mnie niespodzianka. Niespodzianka została uknuta zanim jeszcze wyjechaliśmy z kraju i w knowaniach brali  udział wszyscy uczestnicy podróży, oprócz mnie rzecz jasna. Głównym prowodyrem był oczywiście mój M., który zaskoczył mnie jak nigdy dotąd i na słonecznej Florydzie wręczył mi pierścionek zaręczynowy. Ciąg dalszy czekał mnie w Vegas; późnym piątkowym popołudniem spod hotelu zabrał nas wielki limo-hummer i zawiózł pod kaplicę, w której Wedding Minister poprowadził ceremonię, z przysięgą rodem z hollywoodzkich filmów i wśród śmiechu i łez wzruszenia powiedzieliśmy sakramentalne "Tak".
Nigdy w życiu nie spodziewałam się,że nastąpi to w tak egzotycznych okolicznościach, jednak wielką radością było dla mnie,że mogliśmy dzielić tą chwilę z fantastyczna grupą ludzi, którzy tam z nami byli.
Chyba wszyscy znają powiedzenie: Co stało się w Vegas, zostaje w Vegas, może jednak nie wszystko ;). 

(nasza limuzyna)


(pamiątkowe wedding photo- Extra grupa)

Następnego dnia czekała nas niespodzianka, którą nam zafundowała Extra grupa. Był to lot samolotem nad Wielkim Kanionem. Wielki Kanion wygląda przepięknie z lotu ptaka, mogliśmy też podziwiać Tamę Hoovera, która z góry wyglądała jak budowla z klocków :).
W ostatni wieczór naszego pobytu w Las Vegas znów daliśmy się porwać rytmowi miasta, niektórzy z nas wrócili z kasyna o 6 rano, idealnie aby obudzić tych, którzy jednak postanowili chwilę się zdrzemnąć. Wczesnym rankiem opuściliśmy Miasto Grzechu i ruszyliśmy w kierunku Miasta Aniołów.
Czy wróciłabym jeszcze do Las Vegas??? Zdecydowanie tak. Vegas to ten typ miasta, które możesz odwiedzać kilka razy w roku i za każdym razem odkryjesz w nim coś nowego.
Bye,bye Vegas, see ya next time :) ;)


środa, 15 lutego 2017

Cookie Monster cupcakes- muffinki Ciasteczkowy Potwór




Dzisiejszy dzień wstał piękny, wiosennie piękny. Słoneczko świeci, mrozik odpuścił, połacie śniegu zaczęły topnieć w oczach. Nawet poranny spacer z hasiorkiem zaliczyłam bez rękawiczek, bo te -3 stopnie o poranku nie były mi już straszne. Dostrzegłam jak niewiele trzeba aby złapać energię i obudzić w sobie radość życia. Kilka ciepłych promieni słonecznych, nic więcej, tylko tyle. 
Jeśli pogoda podąży tym torem czeka nas piękne przedwiośnie. Trzymam więc za to kciuki, Wy też je mocno trzymajcie. Wystarczy już tych czapek,rękawic, szalików, ciężkich butów i grubych kurtek. 
Po południowej herbatce wybieram się do stadniny, z marchewkami i szczotkami. Tak pięknego dnia nie można spędzić w domowych pieleszach, trzeba złapać świeżego powietrza :) Ja mam zamiar spożytkować je na wyczesanie mojego mamuta i wybieganie Angel.
Skoro moje dobre samopoczucie wskoczyło na takie wyżyny postanowiłam podzielić się z Wami przepisem na babeczki. Na pewno znacie Ciasteczkowego Potwora z Ulicy Sezamkowej: puchaty stworek w soczyście niebieskim kolorze, uwielbia ciasteczka. Tak to on :)
Mam dzisiaj dla Was przepis na kapkejki z podobizną potworka. Babeczki są niedziewane czekoladą, krem zrobiłam na bazie białej czekolady i mascarpone. Całość dość słodka ale nie przesadnie. Idealne dla dzieciaków, lub na kinder party ale też przygotowane w domu sprawią wiele radości. 
Ja już uciekam,zostawiam Was z przepisem na babeczki, koniecznie go wypróbujcie.



wtorek, 14 lutego 2017

Five o'clock w podróży- See ya later aligator, Bagna Lafitte Louisiana




Bagna Lafitte nie znalazły się na trasie naszej wycieczki, na broszurę Airboat Adventures natrafiliśmy w Nowym Orleanie, w jednym z Visitor Centres. Nie zastanawialiśmy się długo i za jedyne 20$ nabyliśmy bilety na wycieczkę wodolotem wśród aligatorów. Wczesny rankiem następnego dnia zapakowaliśmy nasze wycieczkowozy i ruszyliśmy na spotkanie przygodzie. Airboat Adventures jest położone jakieś 30 minut od Nowego Orleanu na Fleming Park Road. 
Po szybkim check in w biurze obsługi czekaliśmy grzecznie na naszego przewodnika. Podróżowaliśmy grupą dwunastoosobową, dzięki temu mieliśmy łódź praktycznie dla siebie, nie licząc dwójki turystów spod Chicago. Punkt 10:00 przyszedł nasz przewodnik i po krótki instruktażu zasad bezpieczeństwa zapakował nas do łodzi. Uprzedził lojalnie,że wodolot nie należy do najcichszych środków lokomocji, więc każdy z nas sięgnął bo słuchawki, które tłumiły nieco hałas. 
Ruszyliśmy ku spotkaniu z fauną i florą Luizjany. Usłyszeliśmy mnóstwo ciekawych informacji o roślinności porastającej te bagna, o zwierzętach, które ją zamieszkują, o starym indiańskim cmentarzu, który na nich się znajduje ale słowa były całkowicie zbędne. Bagna okazały nam swoje piękne oblicze, wręcz nierealnie soczystą zieleń, bujne wąsy mchu hiszpańskiego, które opanowały niemal większość drzew, cudnie rozrośnięte cyprysy. Każdy z zakątków,które tam widzieliśmy nadawał się na widokówkę. Przy każdym przystanku nasz przewodnik opowiadał ciekawe historie, wyczerpująca odpowiadał na wszystkie zapytania. choć luizjański akcent nie należy do najłatwiejszych do zrozumienia.
Mieliśmy kilka dłuższych przystanków, które umożliwiły nam zrobienie zdjęć oraz obserwację aligatorów.
Z naszych obserwacji oraz opowieści dowiedzieliśmy się,że aligatory można spotkać na całych mokradłach, jednakże najczęściej można je zobaczyć w miejscach żeru. Laicy, czyli my, nie znamy różnic między krokodylami a aligatorami. Gdy zobaczyłam pierwsze okazy nie spodziewałam się,że są takie małe, w porównaniu z krokodylami to kruszynki. Aligatory są zwinne i szybkie,a zęby mają równie ostre co ich więksi bracia. Dowiedzieliśmy się,że jeśli nie zakłóca im się spokoju, raczej nie są zainteresowane atakowaniem ludzi. Człowiek jest dla nich zbyt dużym przeciwnikiem ale oczywiście w obliczu zagrożenia nie wahają się przed atakiem. Aby zachęcić je do podpłynięcia do łodzi nasz przewodnik wabił je piankami. Na moje pytanie czemu akurat pianki, usłyszałam,że są lekkie i nie toną ale oczywiście nie jest to jakiś przysmak dla aligatora. Aligatory zjadają pianki nie czując ich smaku, ich kubki smakowe są w stanie odróżnić tylko smak krwi. Nasz przewodnik pokazał nam jak się obchodzi z jednym z aligatorów, przywabił go,a następnie pogłaskał po łbie i dał buziaka. Dla ludzi, którzy wychowali się wśród mokradeł Luizjany to nic nadzwyczajnego, my wydaliśmy z siebie "wow", bo nie był to codzienny widok. Odwiedziliśmy dwa miejsca żerów, w jednym z nich mogliśmy zobaczyć największy okaz z mokradeł, piękną samicę.
Mieliśmy również okazję dotknąć żywego aligatora, nasz przewodnik przemycił go na pokład w lodówce turystycznej. Poznaliśmy historię "maleństwa",został uratowany przez naszego przewodnika i "oswojony". Dowiedzieliśmy się,że w domu ma więcej takich pupilków. Pokazał jak należy się z nim obchodzić, jak trzymać aby nie zwiał,a następnie mogliśmy zrobić sobie z tym słodziakiem zdjęcie. Dotykanie jakichkolwiek gadów, czy płazów zawsze wzbudzało we mnie obrzydzenie, natomiast aligator w dotyku był aksamitny i delikatny.
Oprócz oglądania aligatorów mieliśmy przystanek w zatoce cisów, gdzie można było się poczuć jak w bajce, drzewa uformowane w fantastyczne kształty z bujnymi, soczyście zielonymi czapami wydawały się wręcz  nierealne. Jest to jeden z zakątków na mokradłach najchętniej fotografowany przez turystów.
Mogliśmy również dotknąć mchu hiszpańskiego,a także dowiedzieliśmy jak wiele ma on zastosowań jako surowiec, a także że jest pod ścisłą ochroną :) więc zabranie skrawka na pamiątkę nie wchodziło w grę.
Odwiedzenie bagna Lafitte było naszym pierwszym spotkaniem z amerykańską naturą. Bagna pokazały swoje piękne oblicze i rozkochały mnie w sobie. To jedno z miejsc,które zapamiętam jako jedno z najpiękniejszych, które widziałam w Ameryce. Podróż wodolotem, delikatna bryza która chłodziła nas w Luizjańskim, dusznym klimacie, piękno i bogactwo natury dostarczyło nam niezapomnianych wrażeń.














środa, 8 lutego 2017

Dzień dobry- Gofrowy sandwich z piersią kurzęcą glazurowaną rokitnikiem





Gdy słupek rtęci leci na łeb na szyję, a za oknem wiatr wzbija śnieżne tumany lubię zjeść treściwe śniadanie. Treściwe, czyli takie które doda mi siły do działania w te mroźne dni. Tym razem postanowiłam sobie dogodzić i przygotowałam sandwich, nie byle jaki, bo gofrowy. Gofry zazwyczaj jadam w wersji na słodko ale gnie mam ochoty zbytnio się przesładzać serwuję je sobie w wersji wytrawnej. Gofry przygotowałam na bazie kefiru, w tej wersji wychodzą nadzwyczaj chrupiące i tu mała dygresja: moją kanapkę zjadłam jeszcze na ciepło :). Moja dzisiejsza kanapka przełożona jest piersią z kurczaka w glazurze z rokitnika. Oprócz mięska dodałam do mojego sandwicha rukolę, odrobinę startego cheddara, pomidorki koktajlowe i dobrej jakości bekon (cieniutkie plastry). Pierś przyrządzona według mojego przepisu jest soczysta o słodko-kwaskowej nucie. Do glazury użyłam dżemu 100% rokitnik firmy Łowicz. Rokitnik jest znany z tego,że posiada praktycznie wszystkie występujące w naturze witaminy. Co więcej, zawartością znacznie przewyższa inne rośliny czy owoce. Uważam, że rokitnik wciąż jest zbyt mało doceniany przez nas a stworzenie dżemu w tej kompozycji smakowej jest świetnym marketingiem dla rokitnika.
Przepis dodaję do akcji 'Prozdrowotne dżemy Łowicz na śniadanie'.

wtorek, 7 lutego 2017

Dzień dobry- Orkiszowe clafoutis z jagodami i sosem z czarnego bzu




Ostatni weekend upłynął zdecydowanie zbyt szybko i dla mojej najmłodszej pszczółki był bardzo pracowity. W ciągu trzech dni wytańczyła cztery występy wraz z innymi tancerkami naszego rodzimego studia tańca Fram. Przedstawienia oglądałam z wypiekami na twarzy, z ogromną dumą z mojej małej tancerki i lekką nutą wzruszenia. Koncerty zimowe odbywają się zawsze w tej magicznej, baśniowej otoczce, doprawionej klimatem świątecznym, uwielbiam uczestniczyć w tym widowisku. Koncerty zakończyłyśmy spektakularnie, gorączką i chorym gardłem. Tydzień więc zaczęłyśmy od stosu chusteczek, ciepłej kołdry i domowego ciepełka. A skoro nie musimy się nigdzie spieszyć, no może poza wczesno porannym spacerem z małym pachruściem postanowiłam wykorzystać tą bądź co bądź sprzyjającą okoliczność i zamiast płatków i kanapek przygotowałam pyszne śniadanie na ciepło. Nie wiem jak Wy ale ja po prostu uwielbiam śniadania na ciepło, łatwiej mi znosić kaprysy pogodowe i czuję to wewnętrzne ciepełko jeszcze długo po śniadaniu.
Wróćmy do konkretów, na śniadanko zaserwowałam orkiszowe clafoutis, które wzbogaciłam jagodami i sosem przygotowanym na bazie prozdrowotnego dżemu z czarnym bzem Łowicz. Nie od dziś wiadomo, jakie właściwości posiada czarny bez: wspomaga odporność, jest bogatym źródłem witamin i minerałów. Teraz jest on na wyciągnięcie ręki, ponieważ znalazł się w nowej linii dżemów Łowicz, które zdrowsze od zwykłych dżemów a do tego nie są dosładzane cukrem.
W sekrecie przyznam się Wam, że dżem zniknął w oka mgnieniu, część wykorzystałam do sosu, a resztę zjadłam z domowym budyniem. 
Przepis dołączam do akcji 'Prozdrowotne dżemy Łowicz na śniadanie'


piątek, 3 lutego 2017

Powrót do klasyki- Pleśniak z orzechową bezą


Mglista noc przyniosła nam dziś szary, mokry posępny poranek. Osiedlowe chodniki świecą perfekcyjną szklanką, tu i ówdzie są upstrzone piaskiem, który prawdopodobnie miał spełniać funkcję bezpieczeństwa. Miał, bo widziałam już kilka spektakularnych piruetów wykonanych przez mieszkańców mojego osiedla, sama też dałam kilka długich ślizgów podczas spaceru z pachruściem. No, ale czemuż się dziwić jak się zakłada na taką pogodę obuwie sportowe. Tu biję pokłon mojemu lenistwu, które szeptem podpowiadało, że te sportowe na spacer będą lepsze, bo tamte zimowe to trzeba strasznie długo sznurować, Posłuchałam więc i poszłam na sportowo, na szczęście upadku nie było i powiem więcej, na następny spacer też ubieram sportowe. Możecie wierzyć lub nie ale jak się zrobi takich spacerów około 8-9 w ciągu dnia to dobór obuwia dyktowany jest przez wygodę. Między innymi dlatego czekam z utęsknieniem na wiosnę, bo wreszcie wyjście na spacer nie będzie się wiązało z ubieranie kurtki,czapki i całego zimowego przyodziewku. 
Ja swój szary piątek zaczęłam nadzwyczaj energicznie, jest południe a ja już wysprzątałam wszystkie kąty mojego mieszkanka, dwa prania zakończyły już swój cykl, zmywarka tez już ciągnie drugą turę i zaraz zabieram się równie energicznie za obiad. Skąd u mnie tyle energii??? Ano z musu. Ten weekend upłynie nam pod znakiem tańca. Najmłodsza latorośl począwszy od dziś do niedzieli włącznie tańczy na przedstawieniu w naszym domu kultury. Jest to wydarzenie cykliczne i o sporej skali jak na nasze miasto, czeka nas więc weekend spędzony poza domem. Latorośl podekscytowana, bo tańczą nareszcie "dorosły" jazzowy układ, a nie tam jakieś skakanki i hulanki. Strój już przygotowany, baletki również, czekamy więc na dzisiejszy wieczór z niecierpliwością.
A dla Was mam przepis na ciasto. Pleśniak, choć sama nazwa powoduje u mnie nieprzyjemne dreszcze jest jednym z moich ulubionych ciast. Jest to jedno z ciast z mojego dzieciństwa, babcia robiła je w domu bardzo często. Choć w dzisiejszych,nowoczesnych czasach ten przepis może wydawać się nieco obciachowy ja wciąż chętnie do niego wracam. Staram się jednak nie robić tego zbyt często, zjadam zdecydowanie więcej niż powinnam. Beza w moim pleśniaku jest wzbogacona orzechami włoskimi, co moim zdaniem przyjemnie podkręca jego smak. Przepis dorzucam do zakładki 'Powrót do klasyki' bo ciasto to jest znane i lubiane przez nasze mamy, babcie i przez nas.