Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 kwietnia 2019

Babka z kawą Inka i kawową polewą



Wielkanoc tuż,tuż. Wiosna wciąż kaprysi, choć to już nie marzec. Piękne, pełna słońca dni przeplatają się z dniami deszczowymi, tak chłodnymi, że zaczęłam cieplej myśleć o zimowej kurtce. Kiedy żyje się w ciągłym pędzie, jak ja, zbliżające święta stają się momentem na złapanie oddechu i odpoczynek. Jeden mazurek, no może jeszcze sernik to górna granica moich przygotowań do świąt.
Mieszkanko czyste, okna błyszczą, bo w jedną ze słonecznych sobót poczułam nagły przypływ energii i wypucowałam je do czysta. 
Czas przedświąteczny wolę poświęcić na bardziej przyjemne czynności. Przejażdżka rowerem, przebieżka, wylegiwanie się na słońcu. Oczywiście tylko przy sprzyjających warunkach atmosferycznych. Gdy wiatr wściekle wieje szczerze polecam ciepłą kołderkę, lampkę wina i jakiś przyjemny film. Ja wybrałam rower i owszem skończyłam pod kołdrą ale z arsenałem leków.
Jak już człowiek tak poleży chwilę pod kołdrą, to nachodzi go ochota na coś dobrego. Ja właśnie należę do takich człowieków. W takich chwilach doceniam szybkość, z jaką można upiec babkę. Łączymy kilka prostych składników i ciach do pieca. Chwilkę później możemy już kroić i zajadać jeszcze ciepłą do herbaty.
Do babki, którą dziś Wam proponuję dodałam kawę Inka. Wierzch oblałam polewą z białej czekolady i kawy. Gwarantuję, że smakuje zarówno do kawy, jak i do herbaty.




środa, 3 stycznia 2018

O północy w Paryżu- król wśród tortów




Witajcie w Nowym Roku :) mam nadzieję,że będzie on słodki i owocny. Wybaczcie chwilową ciszę na blogu, moja choroba i kontuzja Arabelli skutecznie oddzieliły mnie od czekających na publikację przepisów. Okres świąteczny poświęciłam na regenerację i relaks aby wraz z nowym rokiem wrócić do Was z podwójną energią. 
Stary rok pożegnałam tortem, to taka moja tradycja, że na koniec roku robię coś ekstra. Torty oprócz obłędnego smaku muszą kusić wyglądem. Tort, który zrobiłam zawdzięcza swoją nazwę mieszance kawy, której dodałam do niego. O północy w Paryżu nie jest oczywistym smakiem, składają się na niego nutka wanilii, kokosa, odrobinka likieru tiramisu... tak naprawdę skład tej mieszanki nie jest określony ale gwarantuję Wam że zapach i smak tej kawy jest po prostu niebiański. Zauroczył mnie na tyle, że upiekłam tort i nie będę skromna jeśli powiem, że to jeden z lepszych które wyszły spod mojej ręki.
Wygląda wystrzałowo jak kreacja sylwestrowa, a jego smak jest po prostu boski.
Mieszankę kawy zakupiłam w lokalnym sklepiku ale jeśli traficie kiedyś na ten smak koniecznie ją zakupcie.
Tort wyglądał jak milion dolarów, za to ja w tym roku postawiłam na styl country. Dwa dni przed Sylwestrem zapakowaliśmy auto i pojechaliśmy do naszego zacisza, wśród koni i sandomierskich sadów. Cisza, mgły snujące się o poranku, księżyc świecący nad dachem stajni, ogień trzaskający na palenisku... to po prostu moje klimaty. Zamiast sukni i szpilek założyłam bryczesy i buty jeździeckie. W Sylwestra zrobiliśmy ucztę przy ognisku z kociołkiem, pieczonymi kiełbaskami i ziemniakami z popiołu. Nowy Rok przywitałam w siodle wśród sadów i pól. Lepiej nie mogłam sobie wymarzyć wkroczenia w Nowy Rok. Mam nadzieję że i Wy spędziliście ten czas cudownie.
Teraz zostawiam Was z przepisem na tort. Kawowe blaty przełożyłam kremem na bazie białej i mlecznej czekolady. Może się wydawać nieco zbyt słodkie ale dodatek kawy wspaniale równoważy smaki. Przepis dołączam do durszlakowej akcji #beko  "#ciastojakzobrazka" bo i też ten torcik wygląda jak malowany ;).
W przepisie znajdziecie też tip jak sprytnie pokroić ciasto :), przyznam szczerze, że jest to moja zmora :) bo nie znoszę kroić tortów i ciast. Zapraszam do kuchni.



sobota, 18 listopada 2017

Kawowy krem jaglany z gorącą żurawiną doprawioną skórką pomarańczy i cynamonem




Dla przeciętnego Kowalskiego jeździectwo wydaje się być łatwym sportem. Ot wsiadasz na konia i jedziesz, żadna sztuka, wręcz łatwizna. Zaskoczę Was, jeździectwo nie jest sportem łatwym. Jeśli chcecie osiągnąć przyzwoity level horse ridingu musicie nastawić się na krew i pot. Już po pierwszych zajęciach na lonży dowiecie się o istnieniu mięśni, o których nie mieliście pojęcia że istnieją. Okaże się również, że nijak nie da się usiedzieć w siodle gdy koń kłusuje.Będziecie podskakiwać w siodle i walczyć o przetrwanie. Przez kolejne dwa dni będziecie chodzić jakbyście nadal to siodło mieli między nogami, a przywodziciele nie dadzą Wam zapomnieć o swoim istnieniu. Przy trzecich zajęciach pomyślicie sobie: Co ja właściwie wyprawiam??? Po co mi to było??? Jeśli przetrwacie kryzys okaże się, że powolutku zaczynacie się wczuwać w rytm kroków konia. Radośc nie będzie trwała zbyt długo bo wymagający instruktor będzie pilnował: Piety w dół!!! Łydka do konia!!! Plecy prosto!!! Patrzymy przed siebie!!! Łokcie przy tułowiu!!! A to dopiero początek listy... Okaże się również,że Wasz "sprzęt" może nie zechcieć z Wami współpracować. Konie rekreacyjne są znane z tego,że lubią stroić fochy początkującym jeźdźcom i pastwić się nad nimi. Może się na przykład okazać,że Wasz rumak będzie stał jak odlany z betonu i ani łydka ani niecierpliwe komendy głosowe nie ruszą go z miejsca. Może się również okazać, jak to było w moim przypadku, że Wasz rumak nie będzie się chciał zatrzymać. Okaże się, że galop (to już level bardziej zaawansowany) będzie niekończącym się kręceniem kółek na ujeżdżalni. Jak dziś pamiętam jak Arabella odpalała się do galopu w ułamkach sekund ale żeby już wyhamować to nie bardzo... trzymałam się tylko w siodle zastanawiając się kiedy jej się to znudzi. Do tego  wszystkiego dochodzą wszelkiego rodzaju otarcia od siodła oraz w lecie opalenizna "na jeźdźca",aaa zapomniałam dodać że piaskowanie zębów w okresie letnim na zajęciach jest w gratisie ;) ;) ;).
Jeśli jesteście w stanie przetrwać to wszystko jesteście dobrym materiałem na jeźdźca. Ja przetrwałam... i zaczęłam czwarty rok mojej przygody z końmi. A czemu tak mnie naszło na dyskusje o jeździectwie??? Po każdym treningu czy terenie wracam do domu tak głodna, że wciągnęłabym całą zawartość lodówki. Staram się jednak przed wyjazdem przygotować sobie jakąś przekąskę, która po treningu nasyci mnie i doda energii. Najlepiej gdyby ta przekąska była jeszcze przy tym zdrowa. Po ostatnim treningu zrobiłam sobie pyszny kawowy krem jaglany, który posłodziłam Syropem trzcinowym #Diamant. Co prawda jest to deser ale wyśmienicie sprawdzi się jako śniadanie. Dodatek żurawiny idealnie równoważy kawowo-trzcinowy smaczek i lekko rozgrzewa dzięki dodatkowi cynamonu.
Przepis dołączam do akcji Złocista Kuchnia Diamant.



piątek, 7 lipca 2017

Kawowe lody semifreddo z ciasteczkami amarettini




Od samego rana towarzyszy mi cisza. Oczywiście nie mam tu na myśli tej poetyckiej, niczym nie zmąconej, wręcz dźwięczącej ciszy. Ciszę w moim domu zakłóca szum zmywarki, stukanie psich pazurków,leniwe pomiaukiwanie Stefka i odgłosy osiedla. Co to oznacza? Otóż moi drodzy, młodzież wybyła z gniazda. Młodsza latorośl wyjechała na obóz taneczny, a starsza nocuje u kolegi. Ileż razy marzyłam choć o chwilce wytchnienia od szumu codzienności, od hałasów, kłótni i dźwięków gier komputerowych. Jeśli posiadacie potomstwo wiecie jak wspaniale potrafią mącić ciszę. A teraz gdy ją mam czuję się cokolwiek nieswojo. Bo jakoś tak dziwnie, za cicho, niecodziennie... Oczywiście wykorzystałam moment samotności, wyjątkowo szybko ogarnęłam wszystkie kąty mieszkania, przygotowałam szybki obiad i aktualnie nadrabiam zaległości blogowe. Pogoda dziś jest nieco dziwna, trochę przypieka słonko, to znów chowa się za chmurami, powietrze jest duszne, wręcz lepkie, jakby zanosiło się na deszcz. W taki dzień jak dziś wręcz wskazane jest się schłodzić. Jak wiadomo świetnie chłodzi woda z lodem i cytryną, szklaneczka zmrożonej coli ale oczywiście nie ma się co oszukiwać, najlepiej na świecie chłodzą lody. Mam dziś dla Was przepis na prawdopodobnie najlepsze lody w tym sezonie: kawowe lody semifreddo z ciasteczkami amarettini. Według mojego M. najlepsze lody jakie zrobiłam. Wciąż dopytuje kiedy zrobię kolejną porcję :). Smak tych lodów docenią wszyscy wielbiciele kawy i Włoch. Dodatek migdałowych ciasteczek amarettini idealnie komponuje się ze smakiem kawy. Lody wprost rozpływają się w ustach, przy mocnym aromacie kawy pozostają delikatne i kremowe. Skusicie się na porcję???




środa, 22 lutego 2017

Kawowe zabaglione z wafelkami






Wczorajszy deszcz zmył z chodników resztki zimy, słupek rtęci pokazał +10, przyszło przedwiośnie. Słońce troszkę odważniej wychyla się zza chmur, powietrze stało się przyjemniejsze, codziennie po trosze przybywa dnia. Powoli wprowadzam do swoich planów aktywności fizyczne. Zaczęłam skromnie, od przebieżek z psem. Tak niewiele, a od razu poczułam przypływ radosnych endorfin. Czekam jeszcze na konne przejażdżki, teren w stajni odtajał już po zimie, za to Rzeczyca Mokra z całych sił pracuje aby zasługiwać na miano mokrej. Moje ostatnie odwiedziny w stadninie wprawiły mnie w osłupienie. Droga dojazdowa zamieniła się w rwący strumień, którym ze wzgórza spływają pozostałości po zimie. Wiadomo przedwiośnie bywa kapryśne, dziś pomimo ciepła jest dość ciemno i pochmurno, do tego co chwilę pada drobniutki deszczyk. W takie dni jak ten zazwyczaj męczy mnie ból głowy, niestety należę do barometrów pogodowych i każdy spadek ciśnienia odbija się na moim samopoczuciu. Dlatego dziś postanowiłam podnieść sobie ciśnienie oraz lekko się dosłodzić. Kawowe zabaglione z chrupiącymi wafelkami o smaku capuccino przeniosło mnie na chwilę do słonecznej Italii. Przez chwilę poczułam się, jakbym siedziała we włoskiej kafejce przy filiżance pysznego espresso i porcji kawowego zabaglione.
Pomimo krótkiej listy składników zabaglione jest bardzo eleganckim deserem. Śmiało możecie nim poczęstować teściową lub niespodziewanych gości.
Deser jest pyszny, łatwy oraz szybki w przygotowaniu,jak widzicie ma same zalety; koniecznie przygotujcie w domu. Przepis dołączam do akcji "Odkryj słodką przyjemność z wafelkami Lusette"



czwartek, 15 grudnia 2016

Banoffee Inka



Gdy byłam małym dzieckiem kawa zbożowa zawsze gościła w naszym domu. Babcia przynosiła z każdych zakupów paczki wypełnione Inką. Parzyła tą kawę codziennie w dużym dzbanku, który stał na kuchennym blacie i czekał na wszystkich spragnionych. Mój dziadek wypijał hektolitry tej kawy, mocnej i nie posłodzonej, bo taką lubił najbardziej. Babcia napełniała nią termosy i zabierała w pole na wykopki i sianokosy. Pamiętam jej intensywny zapach i pamiętam jak jej nie cierpiałam. W domu pijano ją gorzką i nikt nie wpadł na pomysł aby moją porcję kawy posłodzić. Sporo wody upłynęło w rzece zanim odważyłam się ponownie skosztować kawy zbożowej. Zakupiłam kartonik klasycznej Inki ale bardziej wypasionej bo instant (w tamtych czasach niedostępnej) i zastanawiałam się co z nią zrobić??? Nie jestem fanką kawy, jestem typem herbaciarza. Po krótkim zastanowieniu postanowiłam ja przyrządzić w wersji na zimno. Dziwny ze mnie typ bo o ile za filiżanką kawy nie przepadam to kawę w różnych wariacjach na zimno uwielbiam. Dlatego postanowiłam dołączyć do akcji Inka łączy przyjemne z naturalnym i podzielić się moim pomysłem na Inkę klasyczną. Mam nadzieję,że przypadnie do gustu, ponieważ stworzyłam kawę o smaku bajecznego deseru banoffee. Zapraszam po przepis