Październik. Jesień w pełni. Nie narzekam na ciężkie ołowiane niebo, na deszcz zacinający w szyby, na chłód wdzierający się w poły kurtki. Z namaszczeniem parzę kolejne herbaty, z szafy wyjęłam kudłaty koc. W domu pachnie suszonymi grzybami i zupą dyniową z korzennymi przyprawami. Pomyślałam o babci, o tym, że jesienią wypiekała szarlotki i drożdżowe z węgierkami. Westchnęłam do tych wspomnień i postanowiłam też coś upiec. Uwielbiam drożdżówkę, tylko czemu tak rzadko ją robię? Bo nie umiem dobrze wyrobić ciasta, bo za dużo roboty z rozczynianiem, bo jestem leniwa...
Pochmurny poniedziałek zmienił jednak moje nastawienie. Postanowiłam zrobić drożdżówkę, powiem więcej, postanowiłam ją zrobić jak należy. Najczęściej używam w domu drożdży suszonych, bo łatwiej, bo szybciej. Zdecydowałam jednak wziąć byka za rogi, a raczej drożdże ;)
Zrobiłam rozczyn i czekałam czy zadziała. Zadziałał, a ja cieszyłam się jak dziecko. Ubiłam na puch żółtka, jedynie wyrabianie zostawiłam mikserowi planetarnemu. Wybacz babciu, nie mam tyle zaufania do moich dłoni. Gdy ciasto wyrastało przygotowałam kruszonkę, pokroiłam węgierki.
Czy trud się opłacił??? Chyba nie muszę pisać. To było najlepsze drożdżowe jakie kiedykolwiek zrobiłam. Mięciutkie, wilgotne, z cudownymi śliwkami. Może przysłużyło się temu wspomnienie, a może ten pochmurny poniedziałek??? Właściwie to nieważne, bo wieczorem z drożdżówki zostało już tylko wspomnienie. Dziś przygotuję kolejną.... tylko ciii, to niespodzianka dla mojego M.

